niedziela, 16 sierpnia 2015
Rozdział 4; Deszcz krwi
Deszcz bębnił o ciemną karoserię. Regularnie i ogromnie denerwująco, jakby wszyscy zgrali się żeby mnie zdenerwować. Deszcz jeszcze bym wytrzymał, ale ujadanie psa przywiązanego do płota, głośna rozmowa i obrzydliwy śmiech faceta spod monopolowego i krzyk jakiejś kobiety równoważący krzyk jej pijanego męża to już było za wiele. Jakby tego było mało wysiadło jeszcze radio. Zacisnąłem pięści na skórzanej kierownicy. Przysięgam, że próbowałem się uspokoić, ale jak to czasem bywa, wyszło całkiem na odwrót. Mój oddech stał się jeszcze bardziej nierówny, a mięśnie napięte. ,,Ile można szykować się do jednej, głupiej pracy?! Pośpiesz się kobieto!!!,,- zdawały się krzyczeć moje bolące mięśnie. W końcu!!! W końcu wyszła! Ave… ale chwila, chwila! Co to za facet?! Za Annie z jej bramy wyszedł jakiś gruby, owłosiony facet, który coś doń krzyknął. Zdziwiła się? Wystraszyła? Nie wiedziałem, za krótko ją znałem. Grubas obficie gestykulując zaczął jej coś tłumaczyć raz ze smutkiem, raz z radością. Ujął jej dłoń i ucałował, a potem… przytulił! Tego było już za wiele! Wysiadłem z samochodu niczym burza i jedną dłonią rozdzieliłem grubasa od mojej ,,współpracownicy,,. Zdusiła krzyk przerażenia. Trzymając go za kołnierz metr nad ziemią popatrzyłem w jego twarz. Był przerażony. I dobrze. Śmiecie powinny bać się ludzi.
-Zrobił Ci coś?- spytałem przez zęby nawet się nie odwracając. Jeszcze mocniej przysunąłem delikwenta do ściany.
-Nie!- krzyknęła przerażona chwytając moją dłoń na wysokości łokcia. Spojrzałem nań. Była przerażona. Bała się mnie?...- To mój sąsiad! Dziękował mi! Puść go John!
Wrząca lawa opuściła mój umysł oblewając ciało zimnym potem. Jasność umysłu powróciła do mnie tak gwałtownie jak zeń odeszła. Moje palce bezwładnie puściły mokrą tkaninę szorstkiej kurtki. Facet upadł i najszybciej jak mógł odszedł na bezpieczną odległość. Ann, nie puszczając mojej ręki krzyknęła doń:
-Przepraszam, Michael. Nic Ci nie jest?
-Nie, to nic…- odpowiedział gruby. Wchodząc do bramy zapytał jeszcze:- Ann…To Twój chłopak?
Annie popatrzyła na mnie swymi jasnobrązowymi oczami. Tak, to były najpiękniejsze oczy jakie kiedykolwiek widziałem. Nagle zabłysł w nich nowy, dziwny blask, a dziewczyna przekornie się uśmiechnęła.
-Może kiedyś. Teraz nie. Pa, pa Michael…Choć John, musimy pędzić do pracy!
Puściła w końcu moją rękę i popędziła do auta, jakby nic się nie stało. Powolnie poszedłem za nią. Ciekawa jest ta nasza Ann…
-To miłe, że po mnie przyjechałeś John.-powiedziała gdy już byliśmy w połowie drogi do bazy.
-Nie przyjechałem, bo chciałem. Szef mi kazał.-nie była to całkowita prawda. Rzeczywiście, ,,szef,, kazał mi po nią pojechać, ale gdybym nie chciał nie pojechałbym. Powiedzmy, że nie chciałem żeby zmokła.
-Coś się stało?
-Taa. Nowy trup. Za miastem.
-Aha.
Silnik rzęził przeraźliwie, a stare radio szumiało głucho. Na ogół jestem samotnikiem-nie mam potrzeby rozmowy, dialog mnie męczy-, ale dziś nie mogłem znieść ciszy. Ujrzawszy to samo pragnienie rozmowy na jej twarzy spytałem:
-Za co Ci dziękował? Ten facet?
Zarumieniła się i odpowiedziała:
-Pomogłam mu kilka lat temu. W tym bloku mieszka moja babcia…, a Michaelowi zabito żonę. Chciałam pomóc, więc pomyślałam trochę i udało mi się wyśledzić potwora, który to zrobił. Nie zrobiłam nic wielkiego, ale Michael uważa inaczej i ciągle dziękuje.
-Kim był sprawca?
-Nazywali się WOLF.
Moje oczy na chwilę osiągnęły wielkość pięciozłotówek. Ona wyśledziła WOLF?! Niesamowite… To była największa banda przemytnicza w mieście. Gwałty, narkotyki i morderstwa-to był ich chleb powszedni. Słyszałem, że ktoś ich złapał, ale żeby to była Ann?!
Była jednak ciekawsza niż myślałem…
-Boisz się mnie?- to pytanie samo wyrwało się z mojej krtani. Popatrzyłem nań. Jej oczy nagle zgasły, jakby to pytanie wielce ją zasmuciło.
-Nie, nie boję się Ciebie, John. Jesteś wspaniałym człowiekiem w całości oddanym prawu…Ja Cię… lubię.
Uśmiechnęła się. Nie miałem nawet czasu zastanowić się nad jej słowami, bo dojechaliśmy na miejsce. Policja już tam była, choć dopiero zaczynała. Deszczowa mgiełka opadła na chwilę ukazując widok niczym z najgorszego horroru. To nawet nie wyglądało jak człowiek. Z daleka była to bezwładna mieszanina czerwieni. Podchodząc bliżej wyróżnić można było blond włosy i powyginane nienaturalnie ręce. I na tym kończyło się wyróżnianie- reszta ciała była tak bardzo zmasakrowana, że nie widać było gdzie zaczyna się tułów, a gdzie głowa. Dokładne rozpruta na pół. Flaki wylewające się wręcz z porozcinanej skóry skąpanej w morzu krwi. Cała twarz była pocięta tak drobno, że nie rozróżniałem skóry od mięsa. Nawet mi robiło się niedobrze, a co dopiero delikatniejszym ode mnie. Mowa tu o małej. Gdy tylko spojrzała na ciało gwałtownie rzuciła się do biegu. Nie widziałem gdzie poszła. Wziąłem na zabytki policjanta. Oprócz niebywałego okrucieństwa i odciętej dłoni i nogi układającej się w coś a la ,,j,, nie było żadnych znaków szczególnych. Brak odcisków palców i krwi mordercy. Wsiadłem do auta. Wkrótce do mnie dołączyła. Była straszliwie blada, ledwo siedziała. Wystraszony, że zaraz zemdleje, z prędkością światła dojechałem pod bramę agencji.
Otworzyłem drzwi i szepnąłem:
-Słuchaj uważne. Idziemy teraz do prosektorium. Lekaż da nam akta. Poszukamy śladów i ewentualnych cech wspólnych.
-Dobrze.-powiedziała, choć ledwo stała na nogach.
Ze zgrzytem otworzyłem wielkie, metalowe drzwi. Byli tam wszyscy. Na metalowych blatach, jakby operacyjnych leżały cztery ciała. Dziewczyna, trup, zmasakrowane ciało i facet, którego nie znałem. Ich nagie ciała okrywały tylko białe płachty zakrywające części intymne i brzuch. Oplotłem to neutralnym wzrokiem. Czemu miałbym się przejmować?...I wtedy zauważyłem jej wzrok. Utkwiony w jednym punkcie, tak całkowicie przepełniony lękiem i niedowierzaniem. Napłynęły doń łzy, które nieopanowane spłynęły po policzkach rzeźbiąc je niemiłosiernie. Z krzykiem rzuciła się na ziemię ujmując w dłoń rękę pierwszej ofiary.
-Emily!!!...Emily!... Kochana!...Siostrzyczko!!!... Wstań proszę!!!... Nie zgrywaj się!... Nie zostawiaj mnie samej!!!
Łkając potwornie, chwiejnie zerwała się i przepychając między mną a doktorem popędziła do wyjścia. Drzwi trzasnęły niemiłosiernie. Wyrwałem lekarzowi akta i pobiegłem za nią, ale już jej nie było. W korytarzu odbijał się tyko głuchy stukot niewysokich obcasów.
Brown nie wytrzymał. Zwołał nas na posiedzenie w celu ustalenia sprawców. Spóźniała się. Już pięć minut. To do takiej osoby niepodobne. Chociaż nie ma się co dziwić- przed chwilą dowiedziała się, że jej siostra nie żyję. Wiedziałem jak to boli.
-Zaczynajmy…-powiedział akurat gdy weszła. Jej oczy były straszliwie opuchnięte, a skóra jeszcze bladsza. Chwiała się, jakby ciężar dzisiejszych wydarzeń był dla niej za ciężki do uniesienia. Mimo wszystko uśmiechała się. Dzielna mała…
-Jest coś co łączy ofiary?
-Tylko to, że wszyscy mieli wielkie, szczęśliwe rodziny. Każdy z nich pracował w innej branży, nie znali się.-odparłem krótko.
-To może miejsce?- zapytał, jak zawsze trzymający się procedur Jakub.
-Nie, to całkiem inne miejsca.- powiedziałem wieszając na metalowej tablicy mapę z punktami oznaczającymi miejsca zalezienia zwłok. Wtedy zrobiła coś niezwykłego… połączyła je. Patrzyłem jak czerwony marker utworzył znak serca. Była go tylko połowa. W myślach uzupełniłem je. Dokładnie na w połowie uzupełnienia było… nie widziałem z tak daleka, musiałem się przysunąć. Wyprzedziła mnie jednak:
- Następna zbrodnia zostanie popełniona w Ex Blance. Jutro będzie tam organizowana wielka impreza dla wipów.
Nowe wydanie Ann, stare wydanie Johna. Muszę wam przyznać, że ten rozdział i następny są jednymi z moich ulubionych. Jak potoczy się dalsza akcja? Kto jeszcze musi zginąć by reszta mogła żyć? CDN kochani :)
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz