Roztarłem rozespane oczy. Nieszczelny dach przystanku przepuszczał pojedyncze krople wody, które nic nie robiąc sobie z mojego gniewu moczyły me ciemnobrązowe włosy. Podobno ,,w marcu jak w garncu,, , ale nie zgodziłbym się z tym. W marcu jest jak na studiach- musisz siedzieć cicho i znosić wszystko i wszystkich, nie ważne jak bardzo by Cię złościli. Głupota marca jest wręcz niebywała. Trudno. Dziś i tak nie zapowiadało się nic ciekawego. Gdybym podczas najnudniejszych zajęć świata, czyli uzupełniania dokumentów, wydzwaniania i porządkowania akt miał podziwiać za oknem śliczne słońce i błękitne niebo chyba bym zwariował. No dobra, już jestem nienormalny, powiedzmy, że zwariował bym bardziej niż jestem.
Po kolejnej godzinie stania na przystanku nie wytrzymałem. Ile można czekać na jeden, cholerny autobus?! W fatalnym już humorze wróciłem się pod mój blok, gdzie stał zaparkowany 8 cud świata, ma miłość największa i dozgonna za którą zabić bym się dał, czyli… mój samochód. Oczywiście żartowałem, nienawidziłem grata. Czarny, z silnikiem o tak małej mocy, że żarówka ma więcej i z hamulcami, które reagowały dopiero po kilkunastu metrach. Praktycznie nie powinienem nim jeździć, stwarzałem zagrożenie, ale miałem to gdzieś. Od dawien, dawna miałem zasady głęboko w czterech literach.
W końcu dojechałem! Ave facecie przede mną! Jak można tak źle jeździć?! To powinno być karalne… W humorze podlejszym niż kiedykolwiek trzasnąłem drzwiami agencji. W proch i pył rozniósł bym każdego kto przeszkodziłby mi w tej chwili, dlatego też nikt się do mnie nie zbliżał. Spijałem lęk z ich przerażonych twarzy. Traktowali nie jak potwora. Lubiłem to. Wszedłem do swego przestronnego biura i siadając w ulubionej pozycji (z nogami na stole) wyciągnąłem paczkę papierosów. Kojący dźwięk zapalanej zapalniczki i zapach szarego dymu ukoił me skołatane nerwy, choć humoru nie poprawił. Zaciągnąłem się jeszcze raz. Pokój zapełnił się duszącym zapachem. Ktoś zapukał do drzwi. Nie patrząc nań nawet krzyknąłem:
-Wejść!
Krztusząc się znienawidzonym dymem John Brown wszedł do mojego ,,gabinetu,,. Był uczulony na dym papierosowy, dlatego też tak często paliłem pod jego nosem. Uwielbiałem go drażnić.
-Hy…kchy.. Widzisz co jest tu napisane?- zapytał uchylając szerzej drzwi tym samym pokazując naklejony na nim znak zakazu palenia. Była to moja odwieczna chluba, bowiem tylko mnie ten zakaz obowiązywał. Swego czasu, gdy mój pokój graniczył z pokojem szefa potrafiłem wypalić paczkę papierosów dziennie, dlatego nałożono na mnie zakaz palenia i uhonorowano pięknym znakiem na drzwiach. Oczywiście paliłem dalej, ale cieszyłem się, że zmusiłem go to tak radykalnych środków. Lubię denerwować ludzi.
-Ta, widzę. Im więcej wypalę, tym szybciej zdechnę.
Widziałem smutek i niepewność na jego twarzy. Nie wiedział jak zareagować, więc puścił moje słowa mimo uszu.
-Choć Yellow, mam coś dla Ciebie.
Poszedłem z nim. Chociaż chwila oderwania od monotonii dzisiejszej pracy mogła być zbawienna. Weszliśmy do jego gabinetu. Nie mogłem odmówić sobie przyjemności walnięcia zabłoconych buciorów na idealnie czysty blat. Był tak przejęty, że nie zwrócił nawet na to uwagi. To interesujące. Musiało wydarzyć się coś ważnego.
-Słuchaj John… Słyszałeś o przyjeździe uczniów szkoły detektywistycznej?- coś mi się o uszy obiło. Co roku przyjeżdżały tu żółtodzioby, którym płacono za siedzenie cicho i obserwowanie. Zostawali miesiąc. Ja nigdy nikogo nie dostałem pod ,,opiekę,,- Wczoraj po południu przybyli tu pociągiem. Nigdy nikogo Ci nie przydzielałem, bo wiem, że nie chciałeś, ale… ta osoba sama poprosiła o przydział do Ciebie, a ja nie potrafiłem odmówić. Nie wyżywaj się na niej, a myślę, że się polubicie. To może Ci bardzo pomóc…
Drzwi otworzyły się delikatnie, a ja doznałem takiego szoku, że prawie nie spadłem z krzesła. Promyki słońca, które przebiły się przez gęstą warstwę chmur oświetliły długie za ramiona, brązowe włosy, które zroszone były delikatną, deszczową mgiełką. Jasna, delikatna dłoń poprawiła niesworny kosmyk odsłaniając najbardziej jasne oczy jakie w życiu widziałem. I nie chodzi o to, że miały jasny kolor, chodzi o ich wewnętrzną moc. Emanowały miłością i ciepłem jakich już dawno nie widziałem. Uśmiechnęła się delikatnie odsłaniając równe ząbki. Miała na sobie różowy płaszczyk, ciemnoniebieskie dżinsy i białą koszulę- strój grzecznej uczennicy.
-Oto Annie Jonson.
Annie Johson- dziewczyna, którą wczoraj uratowałem od gwałtu.
-Dzień dobry, Panie John’ie Brown.-powiedziała podając mi zgrabną dłoń. Nie mogłem się powstrzymać przed podaniem jej swojej. Jej rączka była cudownie ciepła. Nie wiecie nawet jakie to przyjemne uczucie dotknąć kogoś żywego po raz pierwszy od tak dawna…
-Zależy dla kogo…-odrzekłem gburowato.
Szef podał jej formularz, który przyjęła, choć nie przeczytała. Z fioletowego plecaka wyjęła duże okulary, tz. ,,Kijonki,, , które szybko założyła. Widząc nasze zdumione miny odrzekła radośnie:
-Mam słaby wzrok, bez nich nie widzę liter.
Bez czytania podpisała dokument i dziękując oddała go ,,szefowi,,. John podał mi kartkę z jakimś adresem i powiedział:
-Zawieź naszego gościa na to miejsce zbrodni. Powiedz jej co i jak.
Choć mój wzrok mówił: ,,Zabiję Cię!,, wstałem i wyszedłem. Dziewczyna grzecznie podążała za mną. Poszliśmy na parking. Widząc, że uczepiła się mnie jak rzep psiego ogona otworzyłem drzwi zapraszając ją tym do auta. Wsiadła zaciekawiona.
-Śliczny samochód.-powiedziała podziwiając obdartą tapicerkę. W jej głosie nie dosłyszałem ironii.
-Ta… Nazywasz się Annie, tak?
-Tak, dla przyjaciół Ann.
-Ile masz lat?- nie powinienem o to pytać kobiety, ale byłem bardzo ciekawy, bowiem jej młoda twarz wieku nie zdradzała.
-22 skończę w tym roku.
Z wrażenia aż przyśpieszyłem.
-Studia detektywistyczne kończy się dużo później…
Ja też skończyłem je w tym wieku, ale miałem ogromną motywację… Nie życzyłbym jej takiej.
-Przeskoczyłam kilka klas… Pilnie się uczyłam…- była bardzo zawstydzona. Muszę przyznać, że wyglądała bardzo słodko z rumieńcami na twarzyczce.
-Chciałaś żebym Cię uczył?
Uśmiechnęła się i przekrzywiła główkę.
-Tak. Tylko tak mogę spłacić wczorajszy dług. Nie wiem czy Pan pamięta, ale uratował mnie Pan wczoraj przed ogromną krzywdą. Obiecuję, że nie przysporzę problemów, będę całkowicie się Pana słuchać.
Resztę drogi przemierzyliśmy w ciszy.
Dotarliśmy na miejsce. Otoczony czerwoną taśma, na zielonej polanie leżał sobie trup. Trup, jak trup, miał skręcony kark, zabity został 2-3 godziny wcześniej, a jego przerażona twarz zastygła w ostatnim oddechu płonnej nadziei. Znów zwróciłem uwagę na nogi. Łączyły się one nie naturalnie, a wyrwana stopa w kałuży krwii nasuwała na myśl literę ,,ó,,. Nie przejąłem się zbytnio, jednak mała miała w oczach łzy. Podeszła do jego zimnego ciała i zamknęła przerażone oczy ze słowami:
-Spoczywaj w pokoju.
-Jutro obejrzymy akta.-powiedziałem gdy podeszła.- I zdasz raport z tego wydarzenia szefowi. Potem znajdziemy zabójcę i zlikwidujemy go.
-Oczywiście, panie Brown.
Znów się rozpadało. Pracujące piskliwie wycieraczki ukazały obraz parkingu przed naszą ,,bazą wypadową,,. Popatrzyłem na dziewczynę i spytałem:
-Gdzie Twoje auto?
Zaczerwieniła się i spuściła głowę.
-Nie mam auta… Do widzenia.-uśmiechnęła się i sięgnęła do klamki. Właśnie w tym momencie nastąpiło oberwanie chmury i ulewny deszcz zabębnił o maskę samochodu. Gdzieś uderzył piorun. Zablokowałem drzwi od środka. Mimo to, że jestem zapyziałym gdurem nie dałbym wyjść kobiecie na taki deszcz.
-Podwiozę Cię. Gdzie mieszkasz?
Z nieukrywaną wdzięcznością podała adres.
Podjechałem pod samą bramę. Annie mieszkała w tak zapadłej i zatęchłej ruderze, że aż żal było mi ją tam zostawiać. Odwróciłem się i spojrzałem w jej radosne oczy.
-Dziękuję proszę Pana.
-John…Nazywam się John.
-Dziękuję John.
Po chwili zniknęła już w zatęchłej bramie.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Dwa tygodnie bez posta... Racja, to dużo. Mam jednak wyjaśnienie idealne- kolonia. Proszę o wyrozumiałość i choć krztę współczucia dla mej osoby zmuszonej przez dwa tygodnie do przebywania z osobami niezbyt miłymi, że się tak wyrażę ;) Na szczęście już jestem i posty będą się pojawiać coraz to częściej. Czytajcie, oceniajcie, komentujcie.

Jakto nie byli mili?! :o
OdpowiedzUsuńZależy kto :) Napisałam ogólnie, bowiem większość nie była ,,miła,,. Jeśli jesteś jednak jedną z tych osób, które nie malowały mnie nocą i nie podżegały do ,,złych,, rzeczy, to wybacz ogólny zwrot :) Sorki
Usuń