Zerwałem się gwałtownie z krótkim pistoletem wymierzonym w wyjący przeraźliwie budzik. Tak, spałem z pistoletem pod poduszką. Czemu? Oficjalna wersja była taka, że ze względu na bezpieczeństwo. Nieoficjalna, czyli prawdziwa, była taka, że dzień w dzień miałem jeden i ten sam sen- moją mamę, małego mnie i nagły obraz jej rozrzuconego po pokoju ciała. Czułem odór rozkładających się zwłok, przerażała mnie gnijąca, zakrwawiona twarz. Nienawidziłem się za to, że jej nie uratowałem. Ogólnie nienawidziłem samego siebie…
Wypiłem jednego, dwa… no może pięć kieliszków najlepszego leku na uspokojenie o melodycznej nazwie Brandy. Ubrałem to co zawsze-coś na górze, coś na dole, jakiś płaszcz i kapelusz. Stylówa a' la Sherlock Holmes okraszona odrobiną gburowatego samotnika- stylówa idealna. Wychodząc spojrzałem jeszcze w lustro. Przystojny, szarmancki i zabójczo kuszący… taki nie byłem na pewno. Choć przystojny byłem zawsze i tak skromny, że… bardzo, bardzo skromny.
Ach ta komunikacja miejska! Smród, brud i ubóstwo, wszechobecni amatorzy sklepów monopolowych i największe możliwe skupisko złodziei. Do tego ta punktualność! Do agencji dotarłem pół godziny po czasie. Z cichym stukotem przemierzyłem korytarz nafaszerowany biórami, w których toczyły się ożywione rozmowy. Mimo ogólnego przeświadczenia, że w każdej agencji detektywistycznej są narkotyki, przekręty i ogólny bałagan tu tego nie było. Była to typowa agencja ,,zjednoczonych we wspólnej sprawie ludzi pragnących zmienić ten świat na lepszy,, , co w praktyce oznaczało kilku dosyć dobrych detektywów zamykających lub likwidujących seryjnych morderców, gwałcicieli i złodziei. Z nieukrywaną satysfakcją wsłuchałem się w piękny dźwięk drewnianych drzwi pędzących na spotkanie betonowej ściany. Niechlujnie klapnąłem na obrotowym krześle kładąc wysłużone buty na mahoniowym blacie. Oplotłem wzrokiem gabinet ,,szefa,,. Szklane witryny zatopione w matowych ścianach skrywały złote okręgi cennych metali, słońce jasno świeciło zza okna, a tłusta twarz grubasa przede mną cała umazana była lukrem. Bowiem mój ,,szef,, był właśnie tym typem policjanta- pączek w dłoni, czarny garnitur maksymalnie opięty na wielkim bandziochu i wiara w ogromną misję powierzoną policjantom. W tym wypadku było to jeszcze ogromne zamiłowanie do porządku. Jakub Brown z obrzydzeniem spojrzał na moje brudne buciska.
-Jak tam sprawa na przedmieściach?- spytał wycierając z twarzy dżem.
-Dwa trupy: dziewczyna i kanibal. Czas zgonu: dwie godziny od odnalezienia. Jedyny podejrzany: kanibal.-każdy mój raport tak wyglądał. Nie lubię dużo mówić.-Masz coś nowego?
-Nie.
To mi wystarczyło. Zciągnąłem buty z blatu, co spotykało się z wyraźną aprobatą Browna, wstałem i skierowałem się do drzwi. Zatrzymał mnie jednak chwytając za ramie i szeptając:
-Uważaj stary i przestań sam wymierzać sprawiedliwość. Myślisz, że nie wiem z czyjej kulki dostał ten kanibal? Teraz Ci jeszcze odpuszczę, ale dłużej nie mogę Cię kryć. Więcej nie chce widzieć takich akcji. Rozumiesz?
Popatrzyłem na niego wzrokiem, który mógłby zabijać.
-Żaden ,,stary,,. Nazywam się John Yellow.- odrzekłem i wyszedłem. Nigdy nie będę go słuchać. Nie jest moim szefem. Rządzi moimi zarobkami, ale nie moim ciałem.
Szeroko rozwarłem drzwi piekieł. To był śliczny, marcowy dzień i nawet moje skamieniałe serce zabiło weselej. Jeden tylko szczegół nie pasował do złocistego słońca, białych chmurek podróżujących spokojnie po nieboskłonie i długich kluczy powracających ptaków, a był to gruby brodacz dobierający się do młodziutkiej dziewczyny. Normalnie nie zwróciłbym na to uwagi, ale… jej oczy były tak przerażone, tak przeraźliwie krzyczała. Nie potrafiłem odmówić jej pomocy. Jednym ruchem wyciągnąłem pistolet i strzeliłem w śmiecia. Zatoczył się, a z jego nogi wytoczył się wulkan krwi. Zaklną pod nosem i utykając uciekł w przestrachu. Dziewczyna wstała, otrzepała ubrudzone kolana, poprawiła ramiączko, które zboczeniec jej przekrzywił i uśmiechnęła się szeroko. Wyglądała na bardzo szczęśliwą, tak jakbym przed chwilą opowiedział jej żart, a nie uratował przed tak straszliwym wydarzeniem jakim jest… Brr! Widząc jej prześliczne oczy wiedziałem, że udusiłbym każdego drania, który próbowałby ją skrzywdzić.
-Dziękuję.-odrzekła i uciekła. Zdziwiony udałem się na przystanek.
Wypiłem jednego, dwa… no może pięć kieliszków najlepszego leku na uspokojenie o melodycznej nazwie Brandy. Ubrałem to co zawsze-coś na górze, coś na dole, jakiś płaszcz i kapelusz. Stylówa a' la Sherlock Holmes okraszona odrobiną gburowatego samotnika- stylówa idealna. Wychodząc spojrzałem jeszcze w lustro. Przystojny, szarmancki i zabójczo kuszący… taki nie byłem na pewno. Choć przystojny byłem zawsze i tak skromny, że… bardzo, bardzo skromny.
Ach ta komunikacja miejska! Smród, brud i ubóstwo, wszechobecni amatorzy sklepów monopolowych i największe możliwe skupisko złodziei. Do tego ta punktualność! Do agencji dotarłem pół godziny po czasie. Z cichym stukotem przemierzyłem korytarz nafaszerowany biórami, w których toczyły się ożywione rozmowy. Mimo ogólnego przeświadczenia, że w każdej agencji detektywistycznej są narkotyki, przekręty i ogólny bałagan tu tego nie było. Była to typowa agencja ,,zjednoczonych we wspólnej sprawie ludzi pragnących zmienić ten świat na lepszy,, , co w praktyce oznaczało kilku dosyć dobrych detektywów zamykających lub likwidujących seryjnych morderców, gwałcicieli i złodziei. Z nieukrywaną satysfakcją wsłuchałem się w piękny dźwięk drewnianych drzwi pędzących na spotkanie betonowej ściany. Niechlujnie klapnąłem na obrotowym krześle kładąc wysłużone buty na mahoniowym blacie. Oplotłem wzrokiem gabinet ,,szefa,,. Szklane witryny zatopione w matowych ścianach skrywały złote okręgi cennych metali, słońce jasno świeciło zza okna, a tłusta twarz grubasa przede mną cała umazana była lukrem. Bowiem mój ,,szef,, był właśnie tym typem policjanta- pączek w dłoni, czarny garnitur maksymalnie opięty na wielkim bandziochu i wiara w ogromną misję powierzoną policjantom. W tym wypadku było to jeszcze ogromne zamiłowanie do porządku. Jakub Brown z obrzydzeniem spojrzał na moje brudne buciska.
-Jak tam sprawa na przedmieściach?- spytał wycierając z twarzy dżem.
-Dwa trupy: dziewczyna i kanibal. Czas zgonu: dwie godziny od odnalezienia. Jedyny podejrzany: kanibal.-każdy mój raport tak wyglądał. Nie lubię dużo mówić.-Masz coś nowego?
-Nie.
To mi wystarczyło. Zciągnąłem buty z blatu, co spotykało się z wyraźną aprobatą Browna, wstałem i skierowałem się do drzwi. Zatrzymał mnie jednak chwytając za ramie i szeptając:
-Uważaj stary i przestań sam wymierzać sprawiedliwość. Myślisz, że nie wiem z czyjej kulki dostał ten kanibal? Teraz Ci jeszcze odpuszczę, ale dłużej nie mogę Cię kryć. Więcej nie chce widzieć takich akcji. Rozumiesz?
Popatrzyłem na niego wzrokiem, który mógłby zabijać.
-Żaden ,,stary,,. Nazywam się John Yellow.- odrzekłem i wyszedłem. Nigdy nie będę go słuchać. Nie jest moim szefem. Rządzi moimi zarobkami, ale nie moim ciałem.
Szeroko rozwarłem drzwi piekieł. To był śliczny, marcowy dzień i nawet moje skamieniałe serce zabiło weselej. Jeden tylko szczegół nie pasował do złocistego słońca, białych chmurek podróżujących spokojnie po nieboskłonie i długich kluczy powracających ptaków, a był to gruby brodacz dobierający się do młodziutkiej dziewczyny. Normalnie nie zwróciłbym na to uwagi, ale… jej oczy były tak przerażone, tak przeraźliwie krzyczała. Nie potrafiłem odmówić jej pomocy. Jednym ruchem wyciągnąłem pistolet i strzeliłem w śmiecia. Zatoczył się, a z jego nogi wytoczył się wulkan krwi. Zaklną pod nosem i utykając uciekł w przestrachu. Dziewczyna wstała, otrzepała ubrudzone kolana, poprawiła ramiączko, które zboczeniec jej przekrzywił i uśmiechnęła się szeroko. Wyglądała na bardzo szczęśliwą, tak jakbym przed chwilą opowiedział jej żart, a nie uratował przed tak straszliwym wydarzeniem jakim jest… Brr! Widząc jej prześliczne oczy wiedziałem, że udusiłbym każdego drania, który próbowałby ją skrzywdzić.
-Dziękuję.-odrzekła i uciekła. Zdziwiony udałem się na przystanek.
Bez zbędnego gadania dodaję kolejny rozdzialik. Z cichą nadzieją, że Wam się spodoba opuszczam Was na około 10 dni. Nie martwcie się, tylko wywożą mnie do jakiegoś buszu nie wiadomo gdzie i kiedy bez dobrego wyżywienia i internetu, to tylko kolonia :)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz