Ubierałem się. Stojąc przed lustrem niezgrabnie zapinałem grube guziki białej koszuli zastanawiając się co musiałem wziąć żeby się na to zgodzić. Na pewno coś mi dosypali do kawy… Musieli, przecież nie zgodził bym się na wyjście na bal z Ann do najbardziej ekskluzywnej miejscówki dla wipów w mieście. Tak, dałem się namówić na tą imprezę. Na zewnątrz oczywiście okazywałem ogromną niechęć bocząc się na wszystkich, którzy tylko o tym wspomnieli i chodząc z miną tak posępną, że wręcz zabierającą szczęście przypadkowym przechodniom, w środku jednak byłem podekscytowany. Kiedyś często chodziłem na takie imprezy. Rodzice byli ,,szychami,, i chwalili się gdzie mogli młodym ,,dziedzicem,,. Przez właśnie taką swoją lubość do dobrej opinii i ogromnego towarzystwa zginęli. Po ich śmierci nigdy nie byłem na żadnym balu. Całkowicie oddałem się pracy. Teraz żałowałem. W głębi serca muszę przyznać, że takie przygotowania są nawet… miłe?
Od dawen dawna w sercu mym panował mrok. Zabite uczucia czaiły się w nim czekając na okazję do ucieczki. I gdy tam wtedy weszła, tak piękna, w czerwieni i złocie poczułem, że promyk jasnego światła oświetla je i zaprasza do miłości i radości. Jak to się mówi… zatkało mnie, ale to co czułem wewnątrz jest wręcz nie do opisania. Jasne włosy opadające kaskadami na odsłonięte plecy. Czerwień opływająca jej zgrabne ciało, tak wyraźnie podkreślająca je. Malutkie nóżki w złotych opasach. Czerwone jak wino usta i ten wzrok, tak zniewalający… kuszący? ,,Opanuj się zboku!- krzyknąłem do siebie- Nie pamiętasz? Jesteś zatwardziałym gburem, ignorantem i powolnym samobójcom. Ona zasługuje na kogoś lepszego…’’ Spojrzałem w jej oczy. Gdy mnie ujrzała zgarbiła się nieco, a na jej policzkach zajaśniały rumieńce. Spuściła główkę.
-Wyglądam źle, prawda?- spytała. Pomyślałem wtedy, że akurat ona nawet w pidżamie w jednorożce wyglądałaby ślicznie. Podeszła do mnie, a ja przysunąłem się i będąc już bardzo blisko jej twarzy szepnąłem:
-Nigdy nie nie doceniaj siebie.
Czemu? Chciałem żeby to wiedziała. Mam być jej nauczycielem? Dobra. Ale na moich zasadach.
-Pomóc?- spytała patrząc na nierówno zapiętą koszulę. Obserwowałem jak zgrabnie rozpina jej guziki. Przez przypadek dotknęła przy tym mojego ciała. Tak dawno nikt mnie nie dotknął… Moje ciało pragnęło bliskości. Gdyby nie te lata ćwiczeń samokontroli pewnie teraz.. Nie, nie, nie! Zamknij się zboku, bo Ci przyłożę!...Sprawne zapięła moją koszulę, w której, nie chwaląc się, wyglądałem nadzwyczaj dobrze. Założyła mi krawat delikatnie związując pod szyją. Potem zabrała się za mankiety. Nagłe olśnienie naszło mnie jak grom z jasnego nieba. Nie! Wyrwałem jej rękę i przyłożyłem do torsu. Nie możesz tego wiedzieć Ann. ,,To nie dla tak delikatnych,, zdawałem się krzyczeć, jednak ona delikatnie, acz stanowczo pociągnęła moją rękę za nadgarstek i odpięła mankiet. Tam ukazały się wszystkie moje nieprzespane noce, wszystkie chwile, gdy samotne łzy spływały po policzku czekając na otarcie, cały okres żałoby. Robiłem to codziennie, wytrwale, traktowałem niczym odrębną wiarę. Mimo wszystko nie chciałem już żyć. Nie miałem po co. Nie miałem dla kogo… Była przerażona. Spojrzała na mnie oczami wypełnionymi bólem, a po jej policzku pociekła samotna łza. Ujęła mój nadgarstek i przysunęła do ust. Jej wargi były tak przyjemnie ciepłe i kojące. Potem stanęła na paluszkach, aby sięgnąć mego ucha i szepnęła:
-Nie rób tego więcej. To nie rozwiązanie. Rozwiązaniem jest radość, a radość jest miłością.
Już od kilku godzin chciałem ją spytać. Chciałem z nią iść na ten bal, ale to co wczoraj zobaczyła… Nie chciałem by robiła to tylko z obowiązku.
-Jeśli nie chcesz Ann, nie idź. Twoja siostra…
Uśmiechnęła się i przerwała mi:
-Emilly zawsze mówiła, że za mało wychodzę. Cieszyłaby się, że idę na bal. Nie lubiła czarnego. Nie chciałaby żebym go nosiła.
To była magiczna chwila. Nigdy nie wybaczę osobie, która ją przerwała. Był to oczywiście grubas z pączkiem, bo któżby inny (nigdy nie ufajcie grubasom z pączkami). Jakub Brown wszedł z impetem do przebieralni mężczyzn i, jakby nie zauważając, że przerwał ważny moment rzekł:
-Wszystko już gotowe. Podesłałem trochę ekipy (żołnierzy i saperów) na ten bal, ale wielu nie udało się przemycić, bo tylko 15. Liczę na to, że więcej nie trzeba będzie. Przyjedziecie pod Ex Blance czarną limuzyną i szybko wejdziecie do środka. Nie rozmawiajcie z nikim, ale zachowujcie się naturalnie. Miejcie wszystko pod kontrolą i nie wróćcie za późno.- ostatnie zdanie było tylko niezbyt udanym żartem w świetle późniejszych wydarzeń, ale wtedy nas to nie obchodziło. Jakże byłem głupi! Gdybym wtedy zareagował…
Staliśmy za podłużnym barkiem w cieniu ogromnej sali. Goście powoli schodzili zapełniając całą salę bogato zdobionymi sukniami i markowymi, czarnymi garniturami. Nikomu nie zazdrościłem, bo też wyglądałem świetnie, ale na jej twarzy widziałem niepokój. Bała się, że jest brzydsza? Powtórzyłem jej jeszcze raz:
-Nigdy nie nie doceniaj siebie-i dodałem:- Nie wychylaj się. Gdyby była szczelanina kładź się płasko na ziemi lub uciekaj jak najdalej.
-Rozumiem.-dopiero później miałem zrozumieć co to oznaczało.
Orkiestra zaczęła grać. Pierwsze nuty klasycznego walca zabrzmiały odbijając się o stare mury. Zgrabne pary poczęły majestatycznie tańczyć. Nagle coś zabrzęczało w mojej kieszeni. Wyjąłem zeń starą Nokię (tz. Opancerzoną, lub Niezniszczalną) i przeczytałem: ,,Zaproś ją do tańca,,. Nie wiem jakim cudem, ale napisał to Brown. Obserwował nas? Wychyliła się, by przeczytać esemesa. Nie zabrałem ręki. Zaczerwieniła się i szepnęła:
-Nie musisz. Nikt nigdy mnie nie zaprosił…
W tym momencie doznałem czegoś jakby ,,ściągnięcie maski,,. Nabrałem chwilowej energii i wewnętrznej siły. Nawet taki burak jak ja był zapraszany do tańca, a co dopiero taka ładna dziewczyna. Wyciągnąłem doń dłoń i szarmancko spytałem:
-Zatańczy pani ze mną?
Zaśmiała się ręką zasłaniając usta. Podała mi dłoń.
-Nie ,,pani,, tylko Ann.
Wyszliśmy na środek Sali. Niepewnie chwyciłem ją w pasie. Nie odsunęła się z krzykiem. Dobry znak. Wyciągnąłem rękę w bok. Z przestrachem położyła mi rękę w pasie. Później chwyciła moją wyciągniętą dłoń. Niepewnie się uśmiechnęła. I wtedy się zaczęło. Majestatycznie poruszaliśmy się w rytm tylko dla nas słyszalnej muzyki. Niczym żywioły; piękne i idealnie skuteczne. Mimo swojej maleńkiej postury była tancerką idealną. Mimo, że ja tu prowadziłem nie przeszkadzało to małej Annie. Czułem, że jest bliżej niż ktokolwiek inny. Mogę szczerze przyznać, że to była pierwsza moja szczęśliwa chwila od 10 lat. Chciałbym przez wieczność czuć jej dłoń na mym biodrze i jej oddech koło ramienia. I kto wie; może dana by nam była wieczność? Gdyby nie…
Światła zgasły. Jakaś gruba dama krzyknęła z przerażenia drugim końcu sali. Zbulwersowany mężczyzna ,,cicho,, ( czyli tak żeby każdy usłyszał) począł się żalić, że za cenę, którą zapłacił powinien mieć pierwszorzędny bal, bez takich wpadek. Lecz ja tego nie słyszałem. Interesowały mnie tylko jej ręce na moich plecach. Kurczowo ściskała śliską tkaninę garnituru kładąc mi główkę na piersi. Cała się trzęsła. Stałem jak urzeczony. Moje ramiona bezwiednie ją otuliły.
-Nie bój się. Jestem tu.
Nie wiecie nawet jak później żałowałem tychże zdań. Wtedy jednak nie wiedziałem jeszcze co mnie czeka i mocniej przycisnąłem ją do piersi. Uspokoiła się i przestała trząść. Czuła się … bezpiecznie? Nawet sobie nie potrafiłem zapewnić bezpieczeństwa, a co dopiero jej.
Wtedy usłyszałem ten głos. Rozpoznałbym go zawsze i wszędzie. To ten potworny głos zapowiedział najgorszą śmierć w moim życiu. Ten głos dosłownie zabił dawnego mnie.
-Witajcie wszyscy!- zapowiedział z potworną radością-Jak się bawicie?
Sięgnąłem po pistolet ukryty pod garniturem. ,,Zabawmy się gnojku,,
-Ale nie zajmujmy się tymi całymi ,,grzecznościowymi ceregielami,,. Przejdźmy do rzeczy. Nie chcę niepotrzebnych ,,ofiar,,. Jeśli spełnicie warunki przeżyjecie. Warunki są proste: biegnijcie do wyjścia i głośno krzyczcie. Ten kto nie spełni warunków umrze. Umrze też ten kto wejdzie na drugie piętro. Miłej zabawy!
Wtedy wszystko się zaczęło. Cały obraz nagle się zamazał. Pamiętam tylko nędzne fragmenty. Krzyk. Lament. Ewakuacja. Ochrona próbująca uspokoić gości. Bez skutku. Widziałem to tylko przez ułamek sekundy, bowiem zostałem popchnięty. Z wielkim impetem, niespodziewanie i, co najważniejsze, skutecznie. Puściłem pistolet. Głową uderzyłem o kant stołu. Na sekundę straciłem przytomność.
Teoretycznie mogłem wtedy wstać. Obrażenia głowy były znikome, prawie żadne, mógłbym wstać i pobiec za nią. Mógłbym. W praktyce na niewiele się zdała teoria. Byłem oszołomiony. Ręce trzęsły mi się jak przy napadzie padaczki. Z głowy tryskała krew spływając powoli po gładkiej skroni. Częściowo straciłem pamięć. Pamiętałem tylko jeden obraz. Jej twarz. Jej uśmiech. Jej oczy. Czułem, że coś jej grozi. Coś bardzo, bardzo złego. Nie pamiętałem co, ale samo przeczucie, że mogłoby się jej coś stać wywołało we mnie ogromną wolę walki. Chwiejnie wstałem. Niczym po ostro zakrapianej imprezie, zataczając się pobiegłem po schodach. Wywaliłem się przy tym raz, czy dwa, ale nie zważając na obrażenia gnałem dalej. Wbiegłem do pierwszego pokoju. I zobaczyłem taki oto widok: dzielna studentka mierząca krótkim pistoletem do faceta w kominiarce. Nie miała szans-facet miał karabin, nawet, jakby dostał, to zanim umarłby rozstrzelałby ją po wszystkich kątach. Wiedziała o tym, ale się nie poddawała. Zerwałem się do biegu. Światło zgasło. Stanąłem jak wryty. Po chwili znów się zapaliło, lecz ukazało obraz całkiem inny niż poprzednio. Tym razem było ich trzech i każdy miał po pistolecie maszynowym. Jeden z nich miał też coś jeszcze- małą Ann z ustami zasłoniętymi dłonią i moją bronią przyłożoną do skroni. Widziała mnie. Jej wzrok krzyczał: ,,Nie podchodź!,, nie słuchałem jej jednak. Wyjąłem drugi pistolet. Moja trzęsąca się ręka nie rozumiała bynajmniej konsekwencji tego strzału. Jeśli trafię zabiję gnoja-wygram- jeśli chybię zabiję Ann-przegram. Wycelowałem. Westchnąłem. Nigdy jeszcze nie zależało mi tak na czystym strzale. Wtedy stało się coś niebywałego. Bandzior zaskamlał charakterystycznie i rzucił się do tyłu łapiąc za widomą część ciała. Teraz to Ann panowała nad sytuacją. Całkowicie skupiona, pewna siebie i trzymająca w dłoni pistolet. Każdy inny wycelowałby w resztę mężczyzn i strzelił. Ale nie ona. Przyłożyła sobie pistolet do piersi. Nie mogłem patrzeć na morderczą lufę w każdym momencie mogącą rozerwać jej delikatne serduszko. Spokojnie powiedziała:
-Poddajcie się. Daję wam jedną szansę. Jeśli tego nie zrobicie padnie jeden strzał. W tej Sali są kamery monitorujące boki, ale nie ma żadnej w środku. Na nagraniach zobaczą was, z pistoletami w moją stronę i usłyszą strzał. Za zabójstwo policjanta grozi krzesło elektryczne. Poddajcie się, albo dajcie spalić.
Mimo takich malutkich kłamstewek jak np. kamery, których tu nie było i jej bycie policjantką, to przemówienie było świetne. Nigdy jeszcze nie widziałem jej takiej zdecydowanej i pewnej swego. Dzięki temu osiągnęła cel- przestraszyli się. Nerwowo patrzyli po kontach sali próbując dojrzeć ukryte kamery, słabsi cicho skomleli na myśl o krześle elektrycznym. Lecz znów nam przeszkodzono. Światło zgasło.
-Jesteście interesujący mali detektywi.-to znowu był ten głos. Zimne ciarki przeszły mi po plecach.- Chociaż wy nie jesteście nudni. Reszta jest tak przeciętna… Tak jak Twoja siostra Ann. Ależ ona wyła! Miała ładny głos gdy błagała o puszczenie, gdy mówiła jak Cię kocha i jacy wspaniali są wasi rodzice…
Krzyknęła przeraźliwie. Podłoga zaskrzypiała, okno posypało się na kawałki. Ciężki pistolet upadł na ziemię. Światło znów się zapaliło. Bandyci zniknęli, rozpłynęli się w potłuczonym szkle szyby. Nie zauważyłem tego jednak. Widziałem tylko ją, bezwładną na podłodze, zastygłą w krzyku rozpaczy i gniewu, a po jej policzku spłynęła samotna łza, której już nigdy nikt miał nie otrzeć.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Muszę się do czegoś przyznać- dążę do skończenia historii i naszego bloga. Chcę po prostu zacząć zajmować się czym innym i kończę sprawy wcześniejsze. Nie zmienia to jednak odwiecznego pytania:
Podobało się? Skomentuj!