sobota, 23 stycznia 2016

Rozdział 7; Depresja potwora


Rytmiczne opadanie kropel wody przez nieszczelną rurę. Akompaniujące mu denerwujące tykanie ręcznego zegarka odbijało się o puste ściany więzienia potwora. Zdychająca jarzeniówka ostatkiem sił, z cichą determinacją okalała metalową tablicę, na której wisiało osiem ludzkich żyć. Tak, już osiem. Przez jeden wieczór ten świr zamordował dwójkę ludzi. Dziś o piątej jedną, a godzinę temu ostatniego. Osiem osób. Osiem osobnych żyć. Niczemu nie winnych, zwykłych cywili. Niepowiązanych ze sobą biedaków. Wpatrywałem się w tą tablicę niczym w sposób wiecznego odkupienia szepcząc skrótowe dane jak manty.
Ilość ofiar: osiem.
Miejsca zbrodni: zaludnione
Powiązania: zero.
I tak od nie wiadomo jak długiego czasu. Już nie liczyłem czasu. Czas nie istniał. Świat nie istniał. Nic nie istniało. Istniała tylko logika zabójcy. Jego motyw. Jego słabe punkty. I jego kolejny cel. Nic nie zjem, nie wypiję, nie wyjdę z tego pokoju, póki nie odnajdę tego popaprańca. Całkowicie zadurzyłem się w jego chorym świecie. Oczyma widziałem tylko jeden obraz: moje dłonie na jego brudnej szyi. Wręcz czułem paznokcie wrzynające się w skórę, krew spływającą po palcach, jego ostatni oddech na mej skroni i w końcu jego martwe ciało odziane w błoto, przyozdobione koralami pełzających robali, wykrzywione ostatnim grymasem. Już nie miałem skrupułów. Oczy szeroko otwarte, granice zatarte. Jedynym moim jest jego śmierć.
Metalowe drzwi antypożarowe skrzypnęły donośnie echem odbijając się po ciemnej piwnicy. Tak, właśnie tu miałem teraz ,,biuro''. Po prostu do pracy wróciłem w takim stanie, że wręcz bałem się o bezpieczeństwo innych. Bo pomyślcie: jakiś głupek składający kondolencję, nożyczki, nagły ruch ręką. W wypadku takiej sytuacji i pomyślnego trafienia w głowę delikwenta zabiłbym niewinnego człowieka. Bezpieczniej było żebym został sam. Byłem potworem. Nie mogłem pracować z normalnymi. W ogóle nie zareagowałem na to wtargnięcie. Nadal ślepo wpatrywałem się w tablicę. Drzwi zatrzasnęły się. Coś brzęknęło o podłogę.
-John...-to był głos Jakuba. Zdziwiłem się. Nie bał się? Powinien.-przyniosłem Ci jedzenie. Siedzisz tu już tyle czasu, musiałeś zgłodnieć. Jak... jak się czujesz?
Pierwszy raz słyszałem go w takim stanie. Głos mu się załamywał, mówił cicho, prawie szeptał. Z perspektywy czasu widzę jak bardzo mu na mnie zależało. Wtedy, niestety, jedynie mnie wkurzał. Bałem się mu spojrzeć w oczy, by nie wybuchnąć. Nie odpowiedziałem, nawet się nie poruszałem. Musiałem go znaleźć. Tylko to się liczyło.
- John...?
Dalszy brak reakcji.
- Brachu... wszyscy cierpimy.- zaczął się do mnie zbliżać, wolnym, acz stanowczym krokiem. Poczułem się jak zwierz w klatce.- Tak to już jest i glina wie to najlepiej. Wiele jest niewinnych cierpiących, wielu z nich nie możemy pomóc. Naszym zadaniem jest tylko znalezienie grzeszników. Nie pomożesz Ann siedząc tu i wpatrując się w tablicę piątą godzinę. Wyjdź, proszę. Prześpij się. Jutro podejdziesz do tego na trzeźwo, pomogę Ci. Będzie dobrze...
Położył mi rękę na ramieniu. Próbowałem. Przysięgam, że próbowałem się powstrzymać. Ale nie mogłem przeboleć tego co powiedział. Z taką lekkością wypowiadał imię tej, która mogła się już nigdy nie wybudzić. Z taką gracją rzucał na wiatr słowa o ,,powołaniu gliny,,. Z taką głupotą mówił, że ,,wszystko będzie dobrze,,. Nie mogłem już siedzieć spokojnie. Czułem, że jeśli nic nie powiem słowa rozsadzą mnie od wewnątrz. Wywołałem więc wybuch kontrolowany pozwalając słowom płynąć jak wartka rzeka śmierci. Popatrzyłem na niego pustymi oczami, które mogłyby zabijać. Zrzuciłem rękę z ramienia.
- ,,Będzie dobrze,,?! Jesteś tak głupi, czy takiego udajesz?! Nie będzie dobrze! Już nigdy!!! Dopóki nie dopadnę tego gnoja nie ma nic innego! Ona jest nieprzytomna, rozumiesz?!! Może się już nigdy nie obudzić!!! Mówisz o bólu jakbyś go znał! Nie masz pojęcia co to ból! Wyjdź, bo inaczej pokarzę ci jego prawdziwe oblicze!!!
Echo rozniosło się po korytarzu potęgując potęgę moich słów. Dopiero teraz doceniam jakiego mam dobrego szefa- każdy inny wyrzuciłby mnie na zbity pysk nie patyczkując się zbytnio. Lecz Jakub Yellow taki nie był- odwrócił się, jakby w ogóle nieporuszony bluźnierstwem ukrytym w mych słowach i otworzył drzwi. Na odchodnym rzucił jeszcze:
-Jakbyś czegoś potrzebował to wiesz gdzie jestem...
Odpowiedziały mu norzyce wbite na pięć centymetrów w metal drzwi. Jak dobrze, że zdążył je zamknąć! Nigdy bym sobie nie wybaczył, gdybym wtedy trafił. Zabiłbym jedynego przyjaciela... Wtedy nie myślałem jednak o konsekwencjach. Byłem nieobliczalny.
Jednakże Jakub zrobił więcej dobrego niżby mógł się spodziewać. Na kilka sekund odwróciłem głowę, y wycelować. I te kilka sekund były dla mnie zbawienne. Całkowicie wyczyściły mój umysł. Gdy znów bowiem spojrzałem na tablicę doznałem tak dziwnego uczucia, że o mały włos nie spadłem z krzesła. Zobaczyłem jej malutką dłoń kreślącą coś na zdjęciach zwłok. Nie myślałem logicznie- nie zastanawiałem się co robię ja, ani ona- po prostu chwyciłem marker i począłem poprawiać ślady po niej. Czułem, że jest bliżej niż kiedykolwiek wcześniej. Marzyłem by już zawsze zaznaczać ślady jej rąk, być jej dobrowolnym niewolnikiem. Jednakże nagle przestała. Błagam nie! Rączka mojej Annie zniknęła.
Obudziłem się na podłodze. Nie wiem co tak niszczycielsko zadziałało na mój organizm. Pewnie te kilka godzin bezruchu połączone z nagłym stresem i wielką odpowiedzialnością posypane odrobiną Ale to może lepiej? Psychopaci boleśniej mordują. Siadłem i popatrzyłem na tablicę. Przez chwilę patrzyłem się nań jak jakiś przygłup. Bo nim byłem. Debil! Jak można nie zauważyć przez tyle godzin tak prostej rzeczy? Powstrzymałem gniew skupiając się na faktach. Widmowa ręka mojej nieprzytomnej asystentki wskazała mi sposób ułożenia kończyn ofiar. Brzmi logicznie. Błękitny marker zaznaczał kontury nóg, które układały się w rażący po oczach napis: ,,Mój skarb,,. Mój skarb. Mój skarb... Mamusia tak do mnie mówiła.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
 Czytając to na tyle cicho, by nikt zza ściany nie posądził mnie o bycie psychopatą  stwierdzam, że normalna to ja nie jestem ;) Ale to może i dobrze... Akcja się rozkręca. Chcecie dalej?
PISZCZIE

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Rozdział 6; Klatka umysłu...

Siedziałem obok jej łóżka. Oplotłem świat wokół mnie. Biel, biel w oczach, a w duszy cień. Niczym w psychiatryku. Nie. Ludzie w psychiatryku nie panują nad sobą. Ich umysły są wypaczone, nie rozumieją i nie wiedzą co czynią. A ja wiedziałem. Zdawałem sobie sprawę z każdego popełnionego błędu. Zawsze. Ból topiłem w alkoholu i niezliczonej ilości petów. W odrzucającym, gburowatym zachowaniu. Jakoś to leciało. Znieczulone życie w znieczulonym świecie. Myślałem, że cierpię. Okłamywałem sam siebie. Nie cierpiałem. Jej nieruchome ciało podpięte przeźroczystymi rurkami do życiodajnych sprzętów tak szczupłe i delikatne- to było prawdziwe cierpienie. To co czułem wcześniej nie umywało się nawet do bólu, który dziś rozrywał mi piersi. Nie rozumiałem ,,czemu?''. Zawsze była miła i dobra. Cały czas się uśmiechała. Nigdy nie odmawiała pomocy. Była przykładną uczennicą. Była silna i wierna swoim ideą. Czemu to spotkało ją? Czemu niewinni muszą cierpieć za błędy winnych? To niepojęte. Niesprawiedliwe niczym życie. Gdybym to był ja... cieszyłbym się. To nic dla takiego zwyrodnialca jak ja. Już dawno powinienem iść na odstrzał. Nikt by nie płakał. Ale ona?! Czmże zawiniła? Za co ją ukarałeś? Drzwi trzasnęły. Pielęgniarka siedząca okrakiem na jakimś dziadku reanimowała go zawzięcie. Krzykliwy sygnał śmierci rozniósł się po całym szpitalu. Zamknąłem oczy wsłuchując się weń z rozkoszą. Jakże kruche jest ludzkie życie. Wystarczy jeden powiew by je zakończyć.
Starca odwieziono na salę operacyjną. W pośpiechu naciągając gumowe rękawiczki śpieszył się tam TEN doktor. Nasze spojrzenia się spotkały. Przypomniałem sobie wcześniejszą z nim rozmowę:
,,-Co z nią?
- Niestety nie najlepiej, ale mogło być gorzej. Zapadła w śpiączkę. Wyniki nie wykazują jednak żadnych obrażeń wewnętrznych. Oprócz mocnego przemęczenia i odwodnienia była zdrowa. Coś musiało stać się z jej psychiką. Najpewniej był to niespodziewany, mocny cios psychiczny. Jeśli był zaplanowany i zadany przez wykwalifikowaną osobę to bardzo ciężko będzie jej z tego wyjść.,,
Gdy to usłyszałem nogi się pode mną ugięły.Pociemniało mi w oczach i umyśle. Świat zawirował wszystkimi kolorami szarości. Nie, nie mogło być. gorzej. Nie dla mnie. To była moja wina. Nie wiedziałem czemu, ale moja. Gdybym jej wtedy nie puścił. Gdybym był silniejszy teraz byłaby przytomna. Śmiałby się, a nie leżała uwięziona we własnym ciele. Wiedziałem jak cierpiała. Jej umysł pracował prawidłowo, lecz ciało nie spełniało poleceń. Była niczym w klatce samej siebie. Wyobrażałem sobie jej przeźroczystą kopię uderzającą piąstkami o wnętrze ciała. Ta niemoc zapanowania nad własnym ja była najgorsza. Nie ważne czy płakałeś, czy krzyczałeś, czy błagałeś o pomoc, nikt nie przybył Ci z odsieczą. Przechodzili tylko obok dyskretnie kiwając głowami.
Nic z tego nie będzie.
On już umarł.
Położyłem swoją dłoń obok jej. Nie potrafiłem jej jednak dotknąć. W tym momencie oddałbym wszystko aby tylko wstała i swym przesłodkim głosikiem zapytała gdzie jest. Gdyby tylko chodziło o coś możliwego do przeszczepu... Oddałbym jej wszystko- od nerek, po płuca, samo serce bym jej oddał, do ostatniej kropli krwi, by tylko wstała. By choć raz jeszcze się uśmiechnęła.
Nagle stał się cud. Moja ręka otarła się o coś ciepłego. Na początku nie zareagowałem pusto wpatrując się w nikły punkt innej rzeczywistości. Czując jednak niezwyciężoną ciekawość mózgu obróciłem wzrok ku jej ręce. Poruszyła się. Jej doń położona była na mojej, choć chwilę wcześniej leżała trochę dalej. Z ogromną nadzieją popatrzyłem na jej twarz. Powieki nadal były opuszczone, jednakże kąciki ust podniosły się nieznacznie. Pięścią uderzyłem o metal łóżka. Dlaczego ona?! Dlaczego akurat ona?! Nawet nieprzytomna próbowała mnie pocieszyć, choć sama mogą już nigdy nie wstać! Chciało mi się płakać. Chciało mi się burzyć. Chciało mi się... Delikatnie ucałowałem jej dłoń i odłożyłem obok. Ostatnie spojrzenie. W myślach obiecałem jej coś najważniejszego przez te 10 lat. Wybiegłem z sali. W oddali usłyszałem jeszcze niknący głos lekarza:
-Proszę pana! Gdzie pan idzie?!
- Nie jestem ,,pan,, tylko John.
----------------------------------------------------------------------------------------------------
Ciemność. Ciemność i pustka. Ogromna. Nieograniczona. Jakby coś wciągnęło mnie w piekielną otchłań. Co to było? Emily? Nie, ona jest szczęśliwa tam w Niebie. Też nie, oni odpoczywają w domu... Już pamiętam. Byliśmy na tej akcji w Ex Blance. Wiem, że to była tylko akcja służbowa, ale... Tak strasznie mi się podobało! Nigdy nie byłam na takim balu. Przepych tego miejsca wbił mnie w przysłowiowy fotel. To światło, tysiące iskier pod nogami i w głowach. Piękno w najczystszej postaci. Chciałam do nich dołączyć. Ale się bałam. Nie starczyło mi odwagi by go poprosić... I wtedy dostał tego e-mensa. Myślałam, że się zdenerwuje, ale on zareagował inaczej. Miał takie dzikie iskierki w oczach. Zaprosił... mnie do tańca! W jego ramionach czułam się wolna. Bezpieczna. I kochana. Już nie miałam potrzeb. Potrzebowałam tylko jego. Jego oczy błyszczały nieukrywanym zachwytem, a ja wiedziałam, że moje błyszczą tak samo. Nie dana nam była jednak wieczność. Wokół zapanowała ciemność. Bałam się. Wtedy gdy to się stało też było ciemno... Moje ramiona przytuliły go mocno. To było tak naturalne jak wdech i wydech, dzień i noc. Chciałam wtedy tylko aby też mnie przytulił. Moje marzenie się spełniło.
Poświęciłam się za niego. Poświęciłam się za niego. Wiedziałam, że nie dam rady tylu napastnikom, ale chciałam to dla niego zrobić. Chciałam żeby żył. Ze mną czy beze mnie- nie ważne. Najważniejsze żeby choć raz zaciągnął się powietrzem. Zobaczył okolony czerwienią wschód słońca. Wyciągnął do kogoś kojące ramiona tak jak to zrobił do mnie. Nie liczy się nic więcej. Tylko jego szczęście.
John... tęsknię.
_______________________________________________________________________________
Po raz pierwszy na tym blogu wprowadziłam narrację ze strony Ann. Jak to się podoba? Ten styl będzie się ciągnął do końca więc w razie zadowolenia/niezadowolenia pisz!

piątek, 1 stycznia 2016

Rozdział 5; Bal bez Happy End'u



 Ubierałem się. Stojąc przed lustrem niezgrabnie zapinałem grube guziki białej koszuli zastanawiając się co musiałem wziąć żeby się na to zgodzić. Na pewno coś mi dosypali do kawy… Musieli, przecież nie zgodził bym się na wyjście na bal z Ann do najbardziej ekskluzywnej miejscówki dla wipów w mieście. Tak, dałem się namówić na tą imprezę. Na zewnątrz oczywiście okazywałem ogromną niechęć bocząc się na wszystkich, którzy tylko o tym wspomnieli i chodząc z miną tak posępną, że wręcz zabierającą szczęście przypadkowym przechodniom, w środku jednak byłem podekscytowany. Kiedyś często chodziłem na takie imprezy. Rodzice byli ,,szychami,, i chwalili się gdzie mogli młodym ,,dziedzicem,,. Przez właśnie taką swoją lubość do dobrej opinii i ogromnego towarzystwa zginęli. Po ich śmierci nigdy nie byłem na żadnym balu. Całkowicie oddałem się pracy. Teraz żałowałem. W głębi serca muszę przyznać, że takie przygotowania są nawet… miłe?
Od dawen dawna w sercu mym panował mrok. Zabite uczucia czaiły się w nim czekając na okazję do ucieczki. I gdy tam wtedy weszła, tak piękna, w czerwieni i złocie poczułem, że promyk jasnego światła oświetla je i zaprasza do miłości i radości. Jak to się mówi… zatkało mnie, ale to co czułem wewnątrz jest wręcz nie do opisania. Jasne włosy opadające kaskadami na odsłonięte plecy. Czerwień opływająca jej zgrabne ciało, tak wyraźnie podkreślająca je. Malutkie nóżki w złotych opasach. Czerwone jak wino usta i ten wzrok, tak zniewalający… kuszący? ,,Opanuj się zboku!- krzyknąłem do siebie- Nie pamiętasz? Jesteś zatwardziałym gburem, ignorantem i powolnym samobójcom. Ona zasługuje na kogoś lepszego…’’ Spojrzałem w jej oczy. Gdy mnie ujrzała zgarbiła się nieco, a na jej policzkach zajaśniały rumieńce. Spuściła główkę.
-Wyglądam źle, prawda?- spytała. Pomyślałem wtedy, że akurat ona nawet w pidżamie w jednorożce wyglądałaby ślicznie. Podeszła do mnie, a ja przysunąłem się i będąc już bardzo blisko jej twarzy szepnąłem:
-Nigdy nie nie doceniaj siebie.
Czemu? Chciałem żeby to wiedziała. Mam być jej nauczycielem? Dobra. Ale na moich zasadach.
-Pomóc?- spytała patrząc na nierówno zapiętą koszulę. Obserwowałem jak zgrabnie rozpina jej guziki. Przez przypadek dotknęła przy tym mojego ciała. Tak dawno nikt mnie nie dotknął… Moje ciało pragnęło bliskości. Gdyby nie te lata ćwiczeń samokontroli pewnie teraz.. Nie, nie, nie! Zamknij się zboku, bo Ci przyłożę!...Sprawne zapięła moją koszulę, w której, nie chwaląc się, wyglądałem nadzwyczaj dobrze. Założyła mi krawat delikatnie związując pod szyją. Potem zabrała się za mankiety. Nagłe olśnienie naszło mnie jak grom z jasnego nieba. Nie! Wyrwałem jej rękę i przyłożyłem do torsu. Nie możesz tego wiedzieć Ann. ,,To nie dla tak delikatnych,, zdawałem się krzyczeć, jednak ona delikatnie, acz stanowczo pociągnęła moją rękę za nadgarstek i odpięła mankiet. Tam ukazały się wszystkie moje nieprzespane noce, wszystkie chwile, gdy samotne łzy spływały po policzku czekając na otarcie, cały okres żałoby. Robiłem to codziennie, wytrwale, traktowałem niczym odrębną wiarę. Mimo wszystko nie chciałem już żyć. Nie miałem po co. Nie miałem dla kogo… Była przerażona. Spojrzała na mnie oczami wypełnionymi bólem, a po jej policzku pociekła samotna łza. Ujęła mój nadgarstek i przysunęła do ust. Jej wargi były tak przyjemnie ciepłe i kojące. Potem stanęła na paluszkach, aby sięgnąć mego ucha i szepnęła:
-Nie rób tego więcej. To nie rozwiązanie. Rozwiązaniem jest radość, a radość jest miłością.
Już od kilku godzin chciałem ją spytać. Chciałem z nią iść na ten bal, ale to co wczoraj zobaczyła… Nie chciałem by robiła to tylko z obowiązku.
-Jeśli nie chcesz Ann, nie idź. Twoja siostra…
Uśmiechnęła się i przerwała mi:
-Emilly zawsze mówiła, że za mało wychodzę. Cieszyłaby się, że idę na bal. Nie lubiła czarnego. Nie chciałaby żebym go nosiła.
To była magiczna chwila. Nigdy nie wybaczę osobie, która ją przerwała. Był to oczywiście grubas z pączkiem, bo któżby inny (nigdy nie ufajcie grubasom z pączkami). Jakub Brown wszedł z impetem do przebieralni mężczyzn i, jakby nie zauważając, że przerwał ważny moment rzekł:
-Wszystko już gotowe. Podesłałem trochę ekipy (żołnierzy i saperów) na ten bal, ale wielu nie udało się przemycić, bo tylko 15. Liczę na to, że więcej nie trzeba będzie. Przyjedziecie pod Ex Blance czarną limuzyną i szybko wejdziecie do środka. Nie rozmawiajcie z nikim, ale zachowujcie się naturalnie. Miejcie wszystko pod kontrolą i nie wróćcie za późno.- ostatnie zdanie było tylko niezbyt udanym żartem w świetle późniejszych wydarzeń, ale wtedy nas to nie obchodziło. Jakże byłem głupi! Gdybym wtedy zareagował…
Staliśmy za podłużnym barkiem w cieniu ogromnej sali. Goście powoli schodzili zapełniając całą salę bogato zdobionymi sukniami i markowymi, czarnymi garniturami. Nikomu nie zazdrościłem, bo też wyglądałem świetnie, ale na jej twarzy widziałem niepokój. Bała się, że jest brzydsza? Powtórzyłem jej jeszcze raz:
-Nigdy nie nie doceniaj siebie-i dodałem:- Nie wychylaj się. Gdyby była szczelanina kładź się płasko na ziemi lub uciekaj jak najdalej.
-Rozumiem.-dopiero później miałem zrozumieć co to oznaczało.
Orkiestra zaczęła grać. Pierwsze nuty klasycznego walca zabrzmiały odbijając się o stare mury. Zgrabne pary poczęły majestatycznie tańczyć. Nagle coś zabrzęczało w mojej kieszeni. Wyjąłem zeń starą Nokię (tz. Opancerzoną, lub Niezniszczalną) i przeczytałem: ,,Zaproś ją do tańca,,. Nie wiem jakim cudem, ale napisał to Brown. Obserwował nas? Wychyliła się, by przeczytać esemesa. Nie zabrałem ręki. Zaczerwieniła się i szepnęła:
-Nie musisz. Nikt nigdy mnie nie zaprosił…
W tym momencie doznałem czegoś jakby ,,ściągnięcie maski,,. Nabrałem chwilowej energii i wewnętrznej siły. Nawet taki burak jak ja był zapraszany do tańca, a co dopiero taka ładna dziewczyna. Wyciągnąłem doń dłoń i szarmancko spytałem:
-Zatańczy pani ze mną?
Zaśmiała się ręką zasłaniając usta. Podała mi dłoń.
-Nie ,,pani,, tylko Ann.
Wyszliśmy na środek Sali. Niepewnie chwyciłem ją w pasie. Nie odsunęła się z krzykiem. Dobry znak. Wyciągnąłem rękę w bok. Z przestrachem położyła mi rękę w pasie. Później chwyciła moją wyciągniętą dłoń. Niepewnie się uśmiechnęła. I wtedy się zaczęło. Majestatycznie poruszaliśmy się w rytm tylko dla nas słyszalnej muzyki. Niczym żywioły; piękne i idealnie skuteczne. Mimo swojej maleńkiej postury była tancerką idealną. Mimo, że ja tu prowadziłem nie przeszkadzało to małej Annie. Czułem, że jest bliżej niż ktokolwiek inny. Mogę szczerze przyznać, że to była pierwsza moja szczęśliwa chwila od 10 lat. Chciałbym przez wieczność czuć jej dłoń na mym biodrze i jej oddech koło ramienia. I kto wie; może dana by nam była wieczność? Gdyby nie…
Światła zgasły. Jakaś gruba dama krzyknęła z przerażenia drugim końcu sali. Zbulwersowany mężczyzna ,,cicho,, ( czyli tak żeby każdy usłyszał) począł się żalić, że za cenę, którą zapłacił powinien mieć pierwszorzędny bal, bez takich wpadek. Lecz ja tego nie słyszałem. Interesowały mnie tylko jej ręce na moich plecach. Kurczowo ściskała śliską tkaninę garnituru kładąc mi główkę na piersi. Cała się trzęsła. Stałem jak urzeczony. Moje ramiona bezwiednie ją otuliły.
-Nie bój się. Jestem tu.
Nie wiecie nawet jak później żałowałem tychże zdań. Wtedy jednak nie wiedziałem jeszcze co mnie czeka i mocniej przycisnąłem ją do piersi. Uspokoiła się i przestała trząść. Czuła się … bezpiecznie? Nawet sobie nie potrafiłem zapewnić bezpieczeństwa, a co dopiero jej.
Wtedy usłyszałem ten głos. Rozpoznałbym go zawsze i wszędzie. To ten potworny głos zapowiedział najgorszą śmierć w moim życiu. Ten głos dosłownie zabił dawnego mnie.
-Witajcie wszyscy!- zapowiedział z potworną radością-Jak się bawicie?
Sięgnąłem po pistolet ukryty pod garniturem. ,,Zabawmy się gnojku,,
-Ale nie zajmujmy się tymi całymi ,,grzecznościowymi ceregielami,,. Przejdźmy do rzeczy. Nie chcę niepotrzebnych ,,ofiar,,. Jeśli spełnicie warunki przeżyjecie. Warunki są proste: biegnijcie do wyjścia i głośno krzyczcie. Ten kto nie spełni warunków umrze. Umrze też ten kto wejdzie na drugie piętro. Miłej zabawy!
Wtedy wszystko się zaczęło. Cały obraz nagle się zamazał. Pamiętam tylko nędzne fragmenty. Krzyk. Lament. Ewakuacja. Ochrona próbująca uspokoić gości. Bez skutku. Widziałem to tylko przez ułamek sekundy, bowiem zostałem popchnięty. Z wielkim impetem, niespodziewanie i, co najważniejsze, skutecznie. Puściłem pistolet. Głową uderzyłem o kant stołu. Na sekundę straciłem przytomność.
Teoretycznie mogłem wtedy wstać. Obrażenia głowy były znikome, prawie żadne, mógłbym wstać i pobiec za nią. Mógłbym. W praktyce na niewiele się zdała teoria. Byłem oszołomiony. Ręce trzęsły mi się jak przy napadzie padaczki. Z głowy tryskała krew spływając powoli po gładkiej skroni. Częściowo straciłem pamięć. Pamiętałem tylko jeden obraz. Jej twarz. Jej uśmiech. Jej oczy. Czułem, że coś jej grozi. Coś bardzo, bardzo złego. Nie pamiętałem co, ale samo przeczucie, że mogłoby się jej coś stać wywołało we mnie ogromną wolę walki. Chwiejnie wstałem. Niczym po ostro zakrapianej imprezie, zataczając się pobiegłem po schodach. Wywaliłem się przy tym raz, czy dwa, ale nie zważając na obrażenia gnałem dalej. Wbiegłem do pierwszego pokoju. I zobaczyłem taki oto widok: dzielna studentka mierząca krótkim pistoletem do faceta w kominiarce. Nie miała szans-facet miał karabin, nawet, jakby dostał, to zanim umarłby rozstrzelałby ją po wszystkich kątach. Wiedziała o tym, ale się nie poddawała. Zerwałem się do biegu. Światło zgasło. Stanąłem jak wryty. Po chwili znów się zapaliło, lecz ukazało obraz całkiem inny niż poprzednio. Tym razem było ich trzech i każdy miał po pistolecie maszynowym. Jeden z nich miał też coś jeszcze- małą Ann z ustami zasłoniętymi dłonią i moją bronią przyłożoną do skroni. Widziała mnie. Jej wzrok krzyczał: ,,Nie podchodź!,, nie słuchałem jej jednak. Wyjąłem drugi pistolet. Moja trzęsąca się ręka nie rozumiała bynajmniej konsekwencji tego strzału. Jeśli trafię zabiję gnoja-wygram- jeśli chybię zabiję Ann-przegram. Wycelowałem. Westchnąłem. Nigdy jeszcze nie zależało mi tak na czystym strzale. Wtedy stało się coś niebywałego. Bandzior zaskamlał charakterystycznie i rzucił się do tyłu łapiąc za widomą część ciała. Teraz to Ann panowała nad sytuacją. Całkowicie skupiona, pewna siebie i trzymająca w dłoni pistolet. Każdy inny wycelowałby w resztę mężczyzn i strzelił. Ale nie ona. Przyłożyła sobie pistolet do piersi. Nie mogłem patrzeć na morderczą lufę w każdym momencie mogącą rozerwać jej delikatne serduszko. Spokojnie powiedziała:
-Poddajcie się. Daję wam jedną szansę. Jeśli tego nie zrobicie padnie jeden strzał. W tej Sali są kamery monitorujące boki, ale nie ma żadnej w środku. Na nagraniach zobaczą was, z pistoletami w moją stronę i usłyszą strzał. Za zabójstwo policjanta grozi krzesło elektryczne. Poddajcie się, albo dajcie spalić.
Mimo takich malutkich kłamstewek jak np. kamery, których tu nie było i jej bycie policjantką, to przemówienie było świetne. Nigdy jeszcze nie widziałem jej takiej zdecydowanej i pewnej swego. Dzięki temu osiągnęła cel- przestraszyli się. Nerwowo patrzyli po kontach sali próbując dojrzeć ukryte kamery, słabsi cicho skomleli na myśl o krześle elektrycznym. Lecz znów nam przeszkodzono. Światło zgasło.
-Jesteście interesujący mali detektywi.-to znowu był ten głos. Zimne ciarki przeszły mi po plecach.- Chociaż wy nie jesteście nudni. Reszta jest tak przeciętna… Tak jak Twoja siostra Ann. Ależ ona wyła! Miała ładny głos gdy błagała o puszczenie, gdy mówiła jak Cię kocha i jacy wspaniali są wasi rodzice…
Krzyknęła przeraźliwie. Podłoga zaskrzypiała, okno posypało się na kawałki. Ciężki pistolet upadł na ziemię. Światło znów się zapaliło. Bandyci zniknęli, rozpłynęli się w potłuczonym szkle szyby. Nie zauważyłem tego jednak. Widziałem tylko ją, bezwładną na podłodze, zastygłą w krzyku rozpaczy i gniewu, a po jej policzku spłynęła samotna łza, której już nigdy nikt miał nie otrzeć.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Muszę się do czegoś przyznać- dążę do skończenia historii i naszego bloga. Chcę po prostu zacząć zajmować się czym innym i kończę sprawy wcześniejsze. Nie zmienia to jednak odwiecznego pytania: Podobało się? Skomentuj!