sobota, 23 stycznia 2016

Rozdział 7; Depresja potwora


Rytmiczne opadanie kropel wody przez nieszczelną rurę. Akompaniujące mu denerwujące tykanie ręcznego zegarka odbijało się o puste ściany więzienia potwora. Zdychająca jarzeniówka ostatkiem sił, z cichą determinacją okalała metalową tablicę, na której wisiało osiem ludzkich żyć. Tak, już osiem. Przez jeden wieczór ten świr zamordował dwójkę ludzi. Dziś o piątej jedną, a godzinę temu ostatniego. Osiem osób. Osiem osobnych żyć. Niczemu nie winnych, zwykłych cywili. Niepowiązanych ze sobą biedaków. Wpatrywałem się w tą tablicę niczym w sposób wiecznego odkupienia szepcząc skrótowe dane jak manty.
Ilość ofiar: osiem.
Miejsca zbrodni: zaludnione
Powiązania: zero.
I tak od nie wiadomo jak długiego czasu. Już nie liczyłem czasu. Czas nie istniał. Świat nie istniał. Nic nie istniało. Istniała tylko logika zabójcy. Jego motyw. Jego słabe punkty. I jego kolejny cel. Nic nie zjem, nie wypiję, nie wyjdę z tego pokoju, póki nie odnajdę tego popaprańca. Całkowicie zadurzyłem się w jego chorym świecie. Oczyma widziałem tylko jeden obraz: moje dłonie na jego brudnej szyi. Wręcz czułem paznokcie wrzynające się w skórę, krew spływającą po palcach, jego ostatni oddech na mej skroni i w końcu jego martwe ciało odziane w błoto, przyozdobione koralami pełzających robali, wykrzywione ostatnim grymasem. Już nie miałem skrupułów. Oczy szeroko otwarte, granice zatarte. Jedynym moim jest jego śmierć.
Metalowe drzwi antypożarowe skrzypnęły donośnie echem odbijając się po ciemnej piwnicy. Tak, właśnie tu miałem teraz ,,biuro''. Po prostu do pracy wróciłem w takim stanie, że wręcz bałem się o bezpieczeństwo innych. Bo pomyślcie: jakiś głupek składający kondolencję, nożyczki, nagły ruch ręką. W wypadku takiej sytuacji i pomyślnego trafienia w głowę delikwenta zabiłbym niewinnego człowieka. Bezpieczniej było żebym został sam. Byłem potworem. Nie mogłem pracować z normalnymi. W ogóle nie zareagowałem na to wtargnięcie. Nadal ślepo wpatrywałem się w tablicę. Drzwi zatrzasnęły się. Coś brzęknęło o podłogę.
-John...-to był głos Jakuba. Zdziwiłem się. Nie bał się? Powinien.-przyniosłem Ci jedzenie. Siedzisz tu już tyle czasu, musiałeś zgłodnieć. Jak... jak się czujesz?
Pierwszy raz słyszałem go w takim stanie. Głos mu się załamywał, mówił cicho, prawie szeptał. Z perspektywy czasu widzę jak bardzo mu na mnie zależało. Wtedy, niestety, jedynie mnie wkurzał. Bałem się mu spojrzeć w oczy, by nie wybuchnąć. Nie odpowiedziałem, nawet się nie poruszałem. Musiałem go znaleźć. Tylko to się liczyło.
- John...?
Dalszy brak reakcji.
- Brachu... wszyscy cierpimy.- zaczął się do mnie zbliżać, wolnym, acz stanowczym krokiem. Poczułem się jak zwierz w klatce.- Tak to już jest i glina wie to najlepiej. Wiele jest niewinnych cierpiących, wielu z nich nie możemy pomóc. Naszym zadaniem jest tylko znalezienie grzeszników. Nie pomożesz Ann siedząc tu i wpatrując się w tablicę piątą godzinę. Wyjdź, proszę. Prześpij się. Jutro podejdziesz do tego na trzeźwo, pomogę Ci. Będzie dobrze...
Położył mi rękę na ramieniu. Próbowałem. Przysięgam, że próbowałem się powstrzymać. Ale nie mogłem przeboleć tego co powiedział. Z taką lekkością wypowiadał imię tej, która mogła się już nigdy nie wybudzić. Z taką gracją rzucał na wiatr słowa o ,,powołaniu gliny,,. Z taką głupotą mówił, że ,,wszystko będzie dobrze,,. Nie mogłem już siedzieć spokojnie. Czułem, że jeśli nic nie powiem słowa rozsadzą mnie od wewnątrz. Wywołałem więc wybuch kontrolowany pozwalając słowom płynąć jak wartka rzeka śmierci. Popatrzyłem na niego pustymi oczami, które mogłyby zabijać. Zrzuciłem rękę z ramienia.
- ,,Będzie dobrze,,?! Jesteś tak głupi, czy takiego udajesz?! Nie będzie dobrze! Już nigdy!!! Dopóki nie dopadnę tego gnoja nie ma nic innego! Ona jest nieprzytomna, rozumiesz?!! Może się już nigdy nie obudzić!!! Mówisz o bólu jakbyś go znał! Nie masz pojęcia co to ból! Wyjdź, bo inaczej pokarzę ci jego prawdziwe oblicze!!!
Echo rozniosło się po korytarzu potęgując potęgę moich słów. Dopiero teraz doceniam jakiego mam dobrego szefa- każdy inny wyrzuciłby mnie na zbity pysk nie patyczkując się zbytnio. Lecz Jakub Yellow taki nie był- odwrócił się, jakby w ogóle nieporuszony bluźnierstwem ukrytym w mych słowach i otworzył drzwi. Na odchodnym rzucił jeszcze:
-Jakbyś czegoś potrzebował to wiesz gdzie jestem...
Odpowiedziały mu norzyce wbite na pięć centymetrów w metal drzwi. Jak dobrze, że zdążył je zamknąć! Nigdy bym sobie nie wybaczył, gdybym wtedy trafił. Zabiłbym jedynego przyjaciela... Wtedy nie myślałem jednak o konsekwencjach. Byłem nieobliczalny.
Jednakże Jakub zrobił więcej dobrego niżby mógł się spodziewać. Na kilka sekund odwróciłem głowę, y wycelować. I te kilka sekund były dla mnie zbawienne. Całkowicie wyczyściły mój umysł. Gdy znów bowiem spojrzałem na tablicę doznałem tak dziwnego uczucia, że o mały włos nie spadłem z krzesła. Zobaczyłem jej malutką dłoń kreślącą coś na zdjęciach zwłok. Nie myślałem logicznie- nie zastanawiałem się co robię ja, ani ona- po prostu chwyciłem marker i począłem poprawiać ślady po niej. Czułem, że jest bliżej niż kiedykolwiek wcześniej. Marzyłem by już zawsze zaznaczać ślady jej rąk, być jej dobrowolnym niewolnikiem. Jednakże nagle przestała. Błagam nie! Rączka mojej Annie zniknęła.
Obudziłem się na podłodze. Nie wiem co tak niszczycielsko zadziałało na mój organizm. Pewnie te kilka godzin bezruchu połączone z nagłym stresem i wielką odpowiedzialnością posypane odrobiną Ale to może lepiej? Psychopaci boleśniej mordują. Siadłem i popatrzyłem na tablicę. Przez chwilę patrzyłem się nań jak jakiś przygłup. Bo nim byłem. Debil! Jak można nie zauważyć przez tyle godzin tak prostej rzeczy? Powstrzymałem gniew skupiając się na faktach. Widmowa ręka mojej nieprzytomnej asystentki wskazała mi sposób ułożenia kończyn ofiar. Brzmi logicznie. Błękitny marker zaznaczał kontury nóg, które układały się w rażący po oczach napis: ,,Mój skarb,,. Mój skarb. Mój skarb... Mamusia tak do mnie mówiła.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
 Czytając to na tyle cicho, by nikt zza ściany nie posądził mnie o bycie psychopatą  stwierdzam, że normalna to ja nie jestem ;) Ale to może i dobrze... Akcja się rozkręca. Chcecie dalej?
PISZCZIE

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz