piątek, 3 czerwca 2016
Rozdział 8; Światło
To był istny roler-coster. Odbierałem tylko pojedyncze bodźce. Stukot obcasów. Rozmazane twarze zdziwionych pracowników. Głośny krzyk szefa. Zapach rozlewanego przez nieuwagę atramentu. Nic nie było mnie w stanie zatrzymać. Nie byłem już człowiekiem myślącym (homo sapiens, czy coś takiego). Byłem siłą. Byłem celem. Byłem naczyniem zaprogramowanym do jednej rzeczy: znalezienia sprawcy. Miałem do spełnienia tylko tą misję. Tylko ten jeden cel. Było to moje największe marzenie, ekstaza w najczystszej postaci. Tylko to mogło mnie uszczęśliwić.
Drzwi trzasnęły z niebywałą zgrozą o mały włos nie wylatując z zawiasów. Nawet niebo płakało po jej stracie okalając się barwami najciemniejszej czerni, roniąc strugi swych słonych łez delikatnie opadających na nietrwałą ziemię. A ona nawet się nie broniła. Sama okryta żałobą swe barwy stępiła tak, że wszystko było owite jakby mgłą. Wszechogarniającą szarością. Nie po raz pierwszy poczułem całkowitą integrację z otoczeniem. Tak jakby mój nastrój udzielił się całemu światu. Wiedziałem, że nie będzie mi miał tego za złe, że sam z głębi serca nienawidzi tego, który tak ją skrzywdził. Tak jak ja. Niewiele myśląc odpaliłem silnik i z zawrotną prędkością wyjechałem na ulice. Nie wiem jakim cudem nikt mnie wtedy nie złapał- z tego co wiem jechanie setką, środkiem ulicy jest karalne. Ale to nie było dla mnie ważne. Myślałem tylko o niej. O delikatnej dłoni na mojej własnej. Uśmiechu ukrytego pośród brązu włosków. Szczupłych ramionkach otulających me plecy. To nie mogło zginąć. Nie dziś. Nie teraz. Nie nigdy.
Równomierne, tępe szmery wycieraczek odgarniających szybko strugi deszczu, umożliwiając mi jazdę. Niby dobre, ale tak przepotwornie denerwujące, że normalnie zatrzymałbym auto z piskiem opon i wyrwał złośnice razem z kolorowymi kablami kończąc ich marny żywot. Ale nie dziś. Dziś, wspinając się po krętym zboczu pagórka nie przejmowałem się czymś tak błahym. Dawne ważne sprawy dziś odeszły w niepamięć. Rozglądnąłem się. Jej obecność była wszędzie. Siedziała na krześle obok podziwiając tapicerkę. Patrzyła w me zamknięte oczy mówiąc, że mnie lubi. Przekrzywiała główkę opowiadając skromnie o złapaniu WULF. Nawet gdy próbowałem zapomnieć czółem zapach delikatnych, tanich perfum unoszący się w powietrzu, niknący w oddali. Tak bardzo nie chciłem by odszedł. Chciałem by zawsze siedziała obok mnie w tym starym gracie i uśmiechała się. Nie potrzebowałem dotyku, ni czułości. Po prostu miała być szczęśliwa. Ja chciałem tylko stać obok spełniając każdą jej zachciankę, jako mimowolny niewolnik. Nagle przypomniałem sobie moje wcześniejsze życie. Jeszcze trzy dni temu stałem zgarbiony na przystanku klnąc na cały świat z sercem wypełnionym nienawiścią, a umysł zemstą. Dziś byłem innym człowiekiem. Nie paliłem już. Rzuciłem 10 letni nałóg w trzy dni. Nie nienawidziłem- uwielbiałem. Nie pragnąłem zemsty, a uśmiechu. Jej uśmiechu. Noga sama wcisnęła hamulec. Nie obchodziło mnie to. Ręce trzęsły mi się na kierownicy. Ona mnie zmieniła. Zmieniła mnie każdym swym oddechem. Każdym słowem najmniejszym. Ona była jak woda. Cicha, piękna i nieustająca.
Złapałem się za głowę.
Tu mogę tylko przytoczyć cytat z pewnego ciekawego filmu:
,,Kobiety są przerażające. Działam wbrew sobie.,,
Dojechałem w końcu na miejsce. Budynek ten znany mi był lepiej niź własny dom. Rozchlapując wodę na wszystkie strony wbiegłem przez drzwi uhonorowane złotym napisem: ,,Główny oddział Działu Kryminalnego,,. Znali mnie tu aż za dobrze, więc nie miałem żadnego problemu z wejściem. Pouczony tylko przez pulchną sekretarkę i upomniany przez sędziwego starca bibliotekarza, całkowicie olewając ich reakcję, natychmiast wyszukałem niebieską teczkę nadgryzioną zębem czasu. Z drugą poszło mi trochę trudniej, ale mimo wszystko po chwili także trzymałem fioletowy kwadrat z pochyłym napisem: ,, J. i L. Jonson,,. Wspomnienia wróciły. Oczami wyobraźni zobaczyłem tego niewysokiego chudzielca, który co dzień przychodził tu z kubkiem kawy i siadał schylony nad stosem dokumentów chłonąc je w wielką wiarą. Wtedy jeszcze wierzyłem. Miałem ogromne plany na przyszłość: skończyć studia, zostać detektywem i zemścić się na zabójcy rodziców. Co dzień od rana do nocy siedziałem nad nauką, zarobkami i nad właśnie tymi papierami wymyślając największe historie spiskowe wszechczasów. Długi? Złe słowo? Zawiść? Rywalizacja? Gdy już prawie dochodziłem do sedna problemu pojawiły się ich roześmiane twarze bez krzty oszustwa, przepełnione miłością. I wtedy cały misterny plan sypał się jak domek z kart. Nie mogli by. Byli dobrzy do szpiku kości.
Otworzyłem starą teczkę. Znałem to wszystko na pamięć. Jednak pewniej czułem się widząc tak dobrze znane litery, nabrudzony kawą papier. Obok zaś poległy dokumenty dotyczące jej rodziców. Ona sama akt nie posiadała, ale to nie był problem. Lata nauki nauczyły mnie jak czytać takie dokumenty. Po chwili już wiedziałem: Lara i Jakub Jonson, lat aktualnie 50, byli dwadzieścia lat wcześniej świadkami wypadku jakiegoś vipa, przez co dorobili się własnych akt. I nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie było w nich miejsca zamieszkania. Nie, nie chodzi o samo miejsce ( o takie rzeczy proszą zawsze), chodzi o nazwę Clavetown. Clavetown. Tyle razy słyszałem tą nazwę z ust mej babki, że nie mogłem o niej zapomnieć. Clavetown było przez całe dzieciństwo miejscem zamieszkania moich rodziców. Tak samo jak Jakuba Jonson i Lary Bridże- przyjaciół rodziców z dzieciństwa. Zawsze opowiadali o kimś jeszcze. Mężczyźnie… Nieco zwariowanym, sadystycznym… Studentka przechodząca wtedy obok mnie prawie nie dostała zawału, gdy dwie teczki spadły na jej wyciągnięte ręce. Ale nie miałem czasu na prośby. Wstąpiła we mnie nowa siła. Byłem o krok od rozwiązania zagadki.
-----------------------------------------------------------------------------------------
Przechadzałam się spokojnie po czarnym korytarzu. Lekko prześwitujący sufit przepuszczał doń pojedyncze promienie słońca, które delikatnym blaskiem otaczały przestrzeń wokół mnie. Szarość mieszała się ze złotem. Nogi niosły mnie same. Nie chciałam, by przestały. Niczego nie chciałam. Nie byłam już istotką myślącą. Byłam tylko naczyniem zaprogramowanym na bezruch. Na zachwyt i całkowitą pustkę. Ile tak szłam? Nie wiedziałam. Wiedziałam tylko, że czegoś nie ma. Coś mi zabrano. Coś odeszło. To wydawało mi się tak ogromnie ważne, że nie potrafiłam zapomnieć, choć chciałam. Spojrzałam na ramiona. Całe były w bliznach i nakłuciach, niektórych wcale nie wygojonych. Przypominało mi to ręce kogoś innego. Nie wiedziałam kogo. Skupiłam się. Ex Blance. Białe mankiety. Duszący gorset, który mu się podobał. Odbicie w lustrze. Kto to? Przystojny. I nagle pojęłam. Fajerwerki rozbiły się w mej głowie barwiąc świat kolorami tęczy i nie tylko.
A on tam stał.
_____________________________________________________
Opinię? Komentarze? Niedomówienia? Bardzo chętnie przeczytam
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz