wtorek, 24 listopada 2015

,,Opowiadanie z dreszczykiem,,

Dziś wyszedł pierwszy nakład gazetki szkolnej, której jestem niedocenianą redaktorką :)
Prowadzę tam kącik modowy (nie żebym się na tym znała :P ) i opowiadanie kryminalne.
Oto jego pierwsza część:
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Przewrócił oczami z wyraźnym poirytowaniem.
-No chodź, będzie fajnie!
-Tak, będzie ,,super,, fajnie… A najfajniej jak znajdą cię po tygodniu nożem w brzuchu i wnętrznościami porozrzucanymi po kątach. Po prostu cudownie!
-Jak zawsze przesadzasz. Przecież wiesz, że go już od dawna tam nie ma.- przysunął się odrobinę bliżej.- A, tak w ogóle, to od kiedy się o mnie martwisz?...
Prychnęła z pogardą całkiem bagatelizując nieprzyzwoite pytanie.
- Całkiem nie rozumiem, po co chcesz tam iść. Nie lepiej… no nie wiem… zagrać w LoL’a?
- Nie ciekawi Cię jak żył największy morderca tego wieku? Co widział na co dzień, gdzie obmyślał swoje zbrodnie? Nie mów, że tak wielką fankę horrorów to nie interesuje.
Tak oto ciekawość wygrała ze zdrowym rozsądkiem skazując naszych bohaterów na długie pasmo dławiących niepowodzeń okraszonych krwawą pokutą za grzechy niewinnych.
 Drzwi skrzypnęły odcinając im ostatnią drogę ucieczki. Tak oto stali w holu domu największego znanego im zbrodniarza, który jeszcze kilka lat temu budził powszechną panikę na całym Dolnym Śląsku. Rozejrzeli się. Promienie jasnego światła oświetliły jasnym blaskiem, tańczące w powietrzu drobinki kurzu. Lecz tylko to można było nazwać w jakiś sposób pięknym. Cała reszta była zwyczajnie mroczna, jakby przepełniona aurą dawnego właściciela. Dom wydawał się uśpiony, jakby tylko czekał na czyjś powrót. Czy, gdyby jednak istniał, mieszkaniec tolerowałby te wszechobecne pajęczyny, tłuste robale i piekący swąd zgnilizny?  Chyba, że zaległby na wyjedzonej przez mole kanapie oglądając nadal włączony telewizor, wypełniający ciszę miarowym szmerem. Mimo wszystko, wyimaginowanego mieszkańca nie było. Jedynymi ludzkimi istotami w tym domu była nasza para wścibskich nastolatków. I on…
To byłby zwykły pokój. Zwykłe łóżko, zwykłe szafki. Zwykłe stare firany, zwykły haftowany dywan. Gdyby, oczywiście, nie wziąć pod uwagę rozbryzganej wszędzie krwi i martwego mężczyzny leżącego na ,,zwyczajnym łóżku,,. I nie, nie wyglądał jakby spał, jak to wmawiają wam w bajeczkach na dobranoc. Wyglądał jakby ktoś pastwił się nad nim miesiącami, zdejmując zeń maleńkie kawałki skóry, a rany zalewając żrącym kwasem. Jakby morderca upajał się zbrodnią raniąc coraz to mocniej i dotkliwiej, a wszystko miało się odbić w jego wykrzywionej grymasem bólu twarzy. Kościste dłonie wyciągnięte, jakby po ratunek, oddawały horror ostatnich chwil tegoż człowieka, a okaleczone ciało prezentowało ogrom zbrodni. Najgorsze były jednak te martwe, puste oczy przekrwione do granic możliwości tak okrutnie niewinne.


 -------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
I jak? Co wam się podoba a co nie?
Macie jakieś pomysły na dalszy ciąg? Piszcie! -->

środa, 21 października 2015

Szaruga nie motywuje do działania

   Tak jak już się wytłumaczyłam w tytule to właśnie szaruga jest winowajcą mojej tu długiej nieobecności ( i wywiadówka... nie pytajcie ;) ). Na szczęście etap ,,przejściowej depresji,, już minął i znów mogę zmotywować się do działania. Jak dobrze znów być w formie ☺!
   Szkoła trwa już prawie od dwóch miesięcy. Jak tam u Was? Dużo nauki? Straszni nauczyciele? Mało czasu dla siebie? Tsa, wszyscy musimy to przejść (niestety). Jeśli całkiem sobie nie radzicie mam dla Was jedną radę wieloletniego kujonka ;) - systematyczność. Wiem, że jest ciężko odrabiać po nocach te długie zadania lub ślęczeć nad historią Rzymu, ale faktycznie warto. Raz czy dwa się zmusisz, a efekty zobaczysz już na następnym sprawdzianie. Sprawdzone! Jeśli zaś dostaniesz jakąś gorszą ocenę zmuś się choć raz do zostania na tej poprawce. Nie będziesz miał zaległości, rodzice będą szczęśliwi, a nauczyciele spojrzą z czasem przychylniej- korzyści jest naprawdę wiele. Nie przekonuje Cię to? Po prostu zaufaj :)
   Ostatnimi czasy zaczęłam pisać do gazetki szkolnej. Nic wielkiego- jedna stronka niskopoziomowego kryminału. Jeśli jednak chcecie chętnie go tu wstawię (możecie się nieźle uśmiać ;) )
    Kończę i pozdrawiam serdecznie.



niedziela, 16 sierpnia 2015

Rozdział 4; Deszcz krwi


 Deszcz bębnił o ciemną karoserię. Regularnie i ogromnie denerwująco, jakby wszyscy zgrali się żeby mnie zdenerwować. Deszcz jeszcze bym wytrzymał, ale ujadanie psa przywiązanego do płota, głośna rozmowa i obrzydliwy śmiech faceta spod monopolowego i krzyk jakiejś kobiety równoważący krzyk jej pijanego męża to już było za wiele. Jakby tego było mało wysiadło jeszcze radio. Zacisnąłem pięści na skórzanej kierownicy. Przysięgam, że próbowałem się uspokoić, ale jak to czasem bywa, wyszło całkiem na odwrót. Mój oddech stał się jeszcze bardziej nierówny, a mięśnie napięte. ,,Ile można szykować się do jednej, głupiej pracy?! Pośpiesz się kobieto!!!,,- zdawały się krzyczeć moje bolące mięśnie. W końcu!!! W końcu wyszła! Ave… ale chwila, chwila! Co to za facet?! Za Annie z jej bramy wyszedł jakiś gruby, owłosiony facet, który coś doń krzyknął. Zdziwiła się? Wystraszyła? Nie wiedziałem, za krótko ją znałem. Grubas obficie gestykulując zaczął jej coś tłumaczyć raz ze smutkiem, raz z radością. Ujął jej dłoń i ucałował, a potem… przytulił! Tego było już za wiele! Wysiadłem z samochodu niczym burza i jedną dłonią rozdzieliłem grubasa od mojej ,,współpracownicy,,. Zdusiła krzyk przerażenia. Trzymając go za kołnierz metr nad ziemią popatrzyłem w jego twarz. Był przerażony. I dobrze. Śmiecie powinny bać się ludzi.
-Zrobił Ci coś?- spytałem przez zęby nawet się nie odwracając. Jeszcze mocniej przysunąłem delikwenta do ściany.
-Nie!- krzyknęła przerażona chwytając moją dłoń na wysokości łokcia. Spojrzałem nań. Była przerażona. Bała się mnie?...- To mój sąsiad! Dziękował mi! Puść go John!
Wrząca lawa opuściła mój umysł oblewając ciało zimnym potem. Jasność umysłu powróciła do mnie tak gwałtownie jak zeń odeszła. Moje palce bezwładnie puściły mokrą tkaninę szorstkiej kurtki. Facet upadł i najszybciej jak mógł odszedł na bezpieczną odległość. Ann, nie puszczając mojej ręki krzyknęła doń:
-Przepraszam, Michael. Nic Ci nie jest?
-Nie, to nic…- odpowiedział gruby. Wchodząc do bramy zapytał jeszcze:- Ann…To Twój chłopak?
Annie popatrzyła na mnie swymi jasnobrązowymi oczami. Tak, to były najpiękniejsze oczy jakie kiedykolwiek widziałem. Nagle zabłysł w nich nowy, dziwny blask, a dziewczyna przekornie się uśmiechnęła.
-Może kiedyś. Teraz nie. Pa, pa Michael…Choć John, musimy pędzić do pracy!
Puściła w końcu moją rękę i popędziła do auta, jakby nic się nie stało. Powolnie poszedłem za nią. Ciekawa jest ta nasza Ann…
-To miłe, że po mnie przyjechałeś John.-powiedziała gdy już byliśmy w połowie drogi do bazy.
-Nie przyjechałem, bo chciałem. Szef mi kazał.-nie była to całkowita prawda. Rzeczywiście, ,,szef,, kazał mi po nią pojechać, ale gdybym nie chciał nie pojechałbym. Powiedzmy, że nie chciałem żeby zmokła.
-Coś się stało?
-Taa. Nowy trup. Za miastem.
-Aha.
Silnik rzęził przeraźliwie, a stare radio szumiało głucho. Na ogół jestem samotnikiem-nie mam potrzeby rozmowy, dialog mnie męczy-, ale dziś nie mogłem znieść ciszy. Ujrzawszy to samo pragnienie rozmowy na jej twarzy spytałem:
-Za co Ci dziękował? Ten facet?
Zarumieniła się i odpowiedziała:
-Pomogłam mu kilka lat temu. W tym bloku mieszka moja babcia…, a Michaelowi zabito żonę. Chciałam pomóc, więc pomyślałam trochę i udało mi się wyśledzić potwora, który to zrobił. Nie zrobiłam nic wielkiego, ale Michael uważa inaczej i ciągle dziękuje.
-Kim był sprawca?
-Nazywali się WOLF.
Moje oczy na chwilę osiągnęły wielkość pięciozłotówek. Ona wyśledziła WOLF?! Niesamowite… To była największa banda przemytnicza w mieście. Gwałty, narkotyki i morderstwa-to był ich chleb powszedni. Słyszałem, że ktoś ich złapał, ale żeby to była Ann?!
Była jednak ciekawsza niż myślałem…
-Boisz się mnie?- to pytanie samo wyrwało się z mojej krtani. Popatrzyłem nań. Jej oczy nagle zgasły, jakby to pytanie wielce ją zasmuciło.
-Nie, nie boję się Ciebie, John. Jesteś wspaniałym człowiekiem w całości oddanym prawu…Ja Cię… lubię.
Uśmiechnęła się. Nie miałem nawet czasu zastanowić się nad jej słowami, bo dojechaliśmy na miejsce. Policja już tam była, choć dopiero zaczynała. Deszczowa mgiełka opadła na chwilę ukazując widok niczym z najgorszego horroru. To nawet nie wyglądało jak człowiek. Z daleka była to bezwładna mieszanina czerwieni. Podchodząc bliżej wyróżnić można było blond włosy i powyginane nienaturalnie ręce. I na tym kończyło się wyróżnianie- reszta ciała była tak bardzo zmasakrowana, że nie widać było gdzie zaczyna się tułów, a gdzie głowa. Dokładne rozpruta na pół. Flaki wylewające się wręcz z porozcinanej skóry skąpanej w morzu krwi. Cała twarz była pocięta tak drobno, że nie rozróżniałem skóry od mięsa. Nawet mi robiło się niedobrze, a co dopiero delikatniejszym ode mnie. Mowa tu o małej. Gdy tylko spojrzała na ciało gwałtownie rzuciła się do biegu. Nie widziałem gdzie poszła. Wziąłem na zabytki policjanta. Oprócz niebywałego okrucieństwa i odciętej dłoni i nogi układającej się w coś a la ,,j,, nie było żadnych znaków szczególnych. Brak odcisków palców i krwi mordercy. Wsiadłem do auta. Wkrótce do mnie dołączyła. Była straszliwie blada, ledwo siedziała. Wystraszony, że zaraz zemdleje, z prędkością światła dojechałem pod bramę agencji.
Otworzyłem drzwi i szepnąłem:
-Słuchaj uważne. Idziemy teraz do prosektorium. Lekaż da nam akta. Poszukamy śladów i ewentualnych cech wspólnych.
-Dobrze.-powiedziała, choć ledwo stała na nogach.
Ze zgrzytem otworzyłem wielkie, metalowe drzwi. Byli tam wszyscy. Na metalowych blatach, jakby operacyjnych leżały cztery ciała. Dziewczyna, trup, zmasakrowane ciało i facet, którego nie znałem. Ich nagie ciała okrywały tylko białe płachty zakrywające części intymne i brzuch. Oplotłem to neutralnym wzrokiem. Czemu miałbym się przejmować?...I wtedy zauważyłem jej wzrok. Utkwiony w jednym punkcie, tak całkowicie przepełniony lękiem i niedowierzaniem. Napłynęły doń łzy, które nieopanowane spłynęły po policzkach rzeźbiąc je niemiłosiernie. Z krzykiem rzuciła się na ziemię ujmując w dłoń rękę pierwszej ofiary.
-Emily!!!...Emily!... Kochana!...Siostrzyczko!!!... Wstań proszę!!!... Nie zgrywaj się!... Nie zostawiaj mnie samej!!!
Łkając potwornie, chwiejnie zerwała się i przepychając między mną a doktorem popędziła do wyjścia. Drzwi trzasnęły niemiłosiernie. Wyrwałem lekarzowi akta i pobiegłem za nią, ale już jej nie było. W korytarzu odbijał się tyko głuchy stukot niewysokich obcasów.
Brown nie wytrzymał. Zwołał nas na posiedzenie w celu ustalenia sprawców. Spóźniała się. Już pięć minut. To do takiej osoby niepodobne. Chociaż nie ma się co dziwić- przed chwilą dowiedziała się, że jej siostra nie żyję. Wiedziałem jak to boli.
-Zaczynajmy…-powiedział akurat gdy weszła. Jej oczy były straszliwie opuchnięte, a skóra jeszcze bladsza. Chwiała się, jakby ciężar dzisiejszych wydarzeń był dla niej za ciężki do uniesienia. Mimo wszystko uśmiechała się. Dzielna mała…
-Jest coś co łączy ofiary?
-Tylko to, że wszyscy mieli wielkie, szczęśliwe rodziny. Każdy z nich pracował w innej branży, nie znali się.-odparłem krótko.
-To może miejsce?- zapytał, jak zawsze trzymający się procedur Jakub.
-Nie, to całkiem inne miejsca.- powiedziałem wieszając na metalowej tablicy mapę z punktami oznaczającymi miejsca zalezienia zwłok. Wtedy zrobiła coś niezwykłego… połączyła je. Patrzyłem jak czerwony marker utworzył znak serca. Była go tylko połowa. W myślach uzupełniłem je. Dokładnie na w połowie uzupełnienia było… nie widziałem z tak daleka, musiałem się przysunąć. Wyprzedziła mnie jednak:
- Następna zbrodnia zostanie popełniona w Ex Blance. Jutro będzie tam organizowana wielka impreza dla wipów.
Nowe wydanie Ann, stare wydanie Johna. Muszę wam przyznać, że ten rozdział i następny są jednymi z moich ulubionych. Jak potoczy się dalsza akcja? Kto jeszcze musi zginąć by reszta mogła żyć? CDN kochani :)

Ostatnie tygodnie

   Z racji ostatnich tygodni naszych wspaniałych wakacji postanowiłam maznąć jakiś post ,,organizacyjny,, , jak ja to nazywam, czyli jakieś luźne rozmyślania wstawiane celem bliższego Was poznania (rymy na najwyższym poziomie ;) ).
Wakacje powoli się kończą. Myślę, że to najlepszy czas na przeżycie wspaniałych chwil. Niech te tygodnie będą jak ostatnie minuty pod ciepłą kołderką, czy końcówka ulubionej potrawy. Wyjdźcie z domu, zabawcie się- jesteśmy młodzi, możemy wszystko :) . ,,Bo jak nie my to kto?,,- tak jak mówi tekst piosenki Mroza. Nie zasmucajcie się mrocznymi wizjami nowego roku. Żyjcie chwilą. Tak aby, gdy spytają, ,,jak minęły wakacje,, odpowiedzieć: ,,fantastycznie,, , nawet jeśli te dotychczasowe tygodnie nie były najlepsze.
   Tylko nie przesadźcie ;) Mimo wszystko każdy ma swoje granice i przekraczanie ich nie jest mądrym pomysłem. ,,Bawmy się z głową,,- jakby to powiedział mój Dyrektor.
   Odbiegając od tematu chciałam podziękować za ponad 100 osób, które odwiedziły moją stronkę. Nawet nie wiecie jakie to wspaniałe uczucie, gdy coś się udaje :) Oby tak dalej!
Na zakończenie moich małych rozmyślań/ popchnięć do działania wstawiam widoczki z naszych, Polskich gór ( miejsca ostatniej kolonii :) )



poniedziałek, 13 lipca 2015

Rozdział 3; Opieka


 Roztarłem rozespane oczy. Nieszczelny dach przystanku przepuszczał pojedyncze krople wody, które nic nie robiąc sobie z mojego gniewu moczyły me ciemnobrązowe włosy. Podobno ,,w marcu jak w garncu,, , ale nie zgodziłbym się z tym. W marcu jest jak na studiach- musisz siedzieć cicho i znosić wszystko i wszystkich, nie ważne jak bardzo by Cię złościli. Głupota marca jest wręcz niebywała. Trudno. Dziś i tak nie zapowiadało się nic ciekawego. Gdybym podczas najnudniejszych zajęć świata, czyli uzupełniania dokumentów, wydzwaniania i porządkowania akt miał podziwiać za oknem śliczne słońce i błękitne niebo chyba bym zwariował. No dobra, już jestem nienormalny, powiedzmy, że zwariował bym bardziej niż jestem.
Po kolejnej godzinie stania na przystanku nie wytrzymałem. Ile można czekać na jeden, cholerny autobus?! W fatalnym już humorze wróciłem się pod mój blok, gdzie stał zaparkowany 8 cud świata, ma miłość największa i dozgonna za którą zabić bym się dał, czyli… mój samochód. Oczywiście żartowałem, nienawidziłem grata. Czarny, z silnikiem o tak małej mocy, że żarówka ma więcej i z hamulcami, które reagowały dopiero po kilkunastu metrach. Praktycznie nie powinienem nim jeździć, stwarzałem zagrożenie, ale miałem to gdzieś. Od dawien, dawna miałem zasady głęboko w czterech literach.
W końcu dojechałem! Ave facecie przede mną! Jak można tak źle jeździć?! To powinno być karalne… W humorze podlejszym niż kiedykolwiek trzasnąłem drzwiami agencji. W proch i pył rozniósł bym każdego kto przeszkodziłby mi w tej chwili, dlatego też nikt się do mnie nie zbliżał. Spijałem lęk z ich przerażonych twarzy. Traktowali nie jak potwora. Lubiłem to. Wszedłem do swego przestronnego biura i siadając w ulubionej pozycji (z nogami na stole) wyciągnąłem paczkę papierosów. Kojący dźwięk zapalanej zapalniczki i zapach szarego dymu ukoił me skołatane nerwy, choć humoru nie poprawił. Zaciągnąłem się jeszcze raz. Pokój zapełnił się duszącym zapachem. Ktoś zapukał do drzwi. Nie patrząc nań nawet krzyknąłem:
-Wejść!
Krztusząc się znienawidzonym dymem John Brown wszedł do mojego ,,gabinetu,,. Był uczulony na dym papierosowy, dlatego też tak często paliłem pod jego nosem. Uwielbiałem go drażnić.
-Hy…kchy.. Widzisz co jest tu napisane?- zapytał uchylając szerzej drzwi tym samym pokazując naklejony na nim znak zakazu palenia. Była to moja odwieczna chluba, bowiem tylko mnie ten zakaz obowiązywał. Swego czasu, gdy mój pokój graniczył z pokojem szefa potrafiłem wypalić paczkę papierosów dziennie, dlatego nałożono na mnie zakaz palenia i uhonorowano pięknym znakiem na drzwiach. Oczywiście paliłem dalej, ale cieszyłem się, że zmusiłem go to tak radykalnych środków. Lubię denerwować ludzi.
-Ta, widzę. Im więcej wypalę, tym szybciej zdechnę.
Widziałem smutek i niepewność na jego twarzy. Nie wiedział jak zareagować, więc puścił moje słowa mimo uszu.
-Choć Yellow, mam coś dla Ciebie.
Poszedłem z nim. Chociaż chwila oderwania od monotonii dzisiejszej pracy mogła być zbawienna. Weszliśmy do jego gabinetu. Nie mogłem odmówić sobie przyjemności walnięcia zabłoconych buciorów na idealnie czysty blat. Był tak przejęty, że nie zwrócił nawet na to uwagi. To interesujące. Musiało wydarzyć się coś ważnego.
-Słuchaj John… Słyszałeś o przyjeździe uczniów szkoły detektywistycznej?- coś mi się o uszy obiło. Co roku przyjeżdżały tu żółtodzioby, którym płacono za siedzenie cicho i obserwowanie. Zostawali miesiąc. Ja nigdy nikogo nie dostałem pod ,,opiekę,,- Wczoraj po południu przybyli tu pociągiem. Nigdy nikogo Ci nie przydzielałem, bo wiem, że nie chciałeś, ale… ta osoba sama poprosiła o przydział do Ciebie, a ja nie potrafiłem odmówić. Nie wyżywaj się na niej, a myślę, że się polubicie. To może Ci bardzo pomóc…
Drzwi otworzyły się delikatnie, a ja doznałem takiego szoku, że prawie nie spadłem z krzesła. Promyki słońca, które przebiły się przez gęstą warstwę chmur oświetliły długie za ramiona, brązowe włosy, które zroszone były delikatną, deszczową mgiełką. Jasna, delikatna dłoń poprawiła niesworny kosmyk odsłaniając najbardziej jasne oczy jakie w życiu widziałem. I nie chodzi o to, że miały jasny kolor, chodzi o ich wewnętrzną moc. Emanowały miłością i ciepłem jakich już dawno nie widziałem. Uśmiechnęła się delikatnie odsłaniając równe ząbki. Miała na sobie różowy płaszczyk, ciemnoniebieskie dżinsy i białą koszulę- strój grzecznej uczennicy.
-Oto Annie Jonson.
Annie Johson- dziewczyna, którą wczoraj uratowałem od gwałtu.
-Dzień dobry, Panie John’ie Brown.-powiedziała podając mi zgrabną dłoń. Nie mogłem się powstrzymać przed podaniem jej swojej. Jej rączka była cudownie ciepła. Nie wiecie nawet jakie to przyjemne uczucie dotknąć kogoś żywego po raz pierwszy od tak dawna…
-Zależy dla kogo…-odrzekłem gburowato.
Szef podał jej formularz, który przyjęła, choć nie przeczytała. Z fioletowego plecaka wyjęła duże okulary, tz. ,,Kijonki,, , które szybko założyła. Widząc nasze zdumione miny odrzekła radośnie:
-Mam słaby wzrok, bez nich nie widzę liter.
Bez czytania podpisała dokument i dziękując oddała go ,,szefowi,,. John podał mi kartkę z jakimś adresem i powiedział:
-Zawieź naszego gościa na to miejsce zbrodni. Powiedz jej co i jak.
Choć mój wzrok mówił: ,,Zabiję Cię!,, wstałem i wyszedłem. Dziewczyna grzecznie podążała za mną. Poszliśmy na parking. Widząc, że uczepiła się mnie jak rzep psiego ogona otworzyłem drzwi zapraszając ją tym do auta. Wsiadła zaciekawiona.
-Śliczny samochód.-powiedziała podziwiając obdartą tapicerkę. W jej głosie nie dosłyszałem ironii.
-Ta… Nazywasz się Annie, tak?
-Tak, dla przyjaciół Ann.
-Ile masz lat?- nie powinienem o to pytać kobiety, ale byłem bardzo ciekawy, bowiem jej młoda twarz wieku nie zdradzała.
-22 skończę w tym roku.
Z wrażenia aż przyśpieszyłem.
-Studia detektywistyczne kończy się dużo później…
Ja też skończyłem je w tym wieku, ale miałem ogromną motywację… Nie życzyłbym jej takiej.
-Przeskoczyłam kilka klas… Pilnie się uczyłam…- była bardzo zawstydzona. Muszę przyznać, że wyglądała bardzo słodko z rumieńcami na twarzyczce.
-Chciałaś żebym Cię uczył?
Uśmiechnęła się i przekrzywiła główkę.
-Tak. Tylko tak mogę spłacić wczorajszy dług. Nie wiem czy Pan pamięta, ale uratował mnie Pan wczoraj przed ogromną krzywdą. Obiecuję, że nie przysporzę problemów, będę całkowicie się Pana słuchać.
Resztę drogi przemierzyliśmy w ciszy.
Dotarliśmy na miejsce. Otoczony czerwoną taśma, na zielonej polanie leżał sobie trup. Trup, jak trup, miał skręcony kark, zabity został 2-3 godziny wcześniej, a jego przerażona twarz zastygła w ostatnim oddechu płonnej nadziei. Znów zwróciłem uwagę na nogi. Łączyły się one nie naturalnie, a wyrwana stopa w kałuży krwii nasuwała na myśl literę ,,ó,,. Nie przejąłem się zbytnio, jednak mała miała w oczach łzy. Podeszła do jego zimnego ciała i zamknęła przerażone oczy ze słowami:
-Spoczywaj w pokoju.
-Jutro obejrzymy akta.-powiedziałem gdy podeszła.- I zdasz raport z tego wydarzenia szefowi. Potem znajdziemy zabójcę i zlikwidujemy go.
-Oczywiście, panie Brown.
Znów się rozpadało. Pracujące piskliwie wycieraczki ukazały obraz parkingu przed naszą ,,bazą wypadową,,. Popatrzyłem na dziewczynę i spytałem:
-Gdzie Twoje auto?
Zaczerwieniła się i spuściła głowę.
-Nie mam auta… Do widzenia.-uśmiechnęła się i sięgnęła do klamki. Właśnie w tym momencie nastąpiło oberwanie chmury i ulewny deszcz zabębnił o maskę samochodu. Gdzieś uderzył piorun. Zablokowałem drzwi od środka. Mimo to, że jestem zapyziałym gdurem nie dałbym wyjść kobiecie na taki deszcz.
-Podwiozę Cię. Gdzie mieszkasz?
Z nieukrywaną wdzięcznością podała adres.
Podjechałem pod samą bramę. Annie mieszkała w tak zapadłej i zatęchłej ruderze, że aż żal było mi ją tam zostawiać. Odwróciłem się i spojrzałem w jej radosne oczy.
-Dziękuję proszę Pana.
-John…Nazywam się John.
-Dziękuję John.
Po chwili zniknęła już w zatęchłej bramie.

 
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Dwa tygodnie bez posta... Racja, to dużo. Mam jednak wyjaśnienie idealne- kolonia. Proszę o wyrozumiałość i choć krztę współczucia dla mej osoby zmuszonej przez dwa tygodnie do przebywania z osobami niezbyt miłymi, że się tak wyrażę ;) Na szczęście już jestem i posty będą się pojawiać coraz to częściej. Czytajcie, oceniajcie, komentujcie.

niedziela, 28 czerwca 2015

Rozdział 2; Praca

Zerwałem się gwałtownie z krótkim pistoletem wymierzonym w wyjący przeraźliwie budzik. Tak, spałem z pistoletem pod poduszką. Czemu? Oficjalna wersja była taka, że ze względu na bezpieczeństwo. Nieoficjalna, czyli prawdziwa, była taka, że dzień w dzień miałem jeden i ten sam sen- moją mamę, małego mnie i nagły obraz jej rozrzuconego po pokoju ciała. Czułem odór rozkładających się zwłok, przerażała mnie gnijąca, zakrwawiona twarz. Nienawidziłem się za to, że jej nie uratowałem. Ogólnie nienawidziłem samego siebie…
Wypiłem jednego, dwa… no może pięć kieliszków najlepszego leku na uspokojenie o melodycznej nazwie Brandy. Ubrałem to co zawsze-coś na górze, coś na dole, jakiś płaszcz i kapelusz. Stylówa a' la Sherlock Holmes okraszona odrobiną gburowatego samotnika- stylówa idealna. Wychodząc spojrzałem jeszcze w lustro. Przystojny, szarmancki i zabójczo kuszący… taki nie byłem na pewno. Choć przystojny byłem zawsze i tak skromny, że… bardzo, bardzo skromny.
Ach ta komunikacja miejska! Smród, brud i ubóstwo, wszechobecni amatorzy sklepów monopolowych i największe możliwe skupisko złodziei. Do tego ta punktualność! Do agencji dotarłem pół godziny po czasie. Z cichym stukotem przemierzyłem korytarz nafaszerowany biórami, w których toczyły się ożywione rozmowy. Mimo ogólnego przeświadczenia, że w każdej agencji detektywistycznej są narkotyki, przekręty i ogólny bałagan tu tego nie było. Była to typowa agencja ,,zjednoczonych we wspólnej sprawie ludzi pragnących zmienić ten świat na lepszy,, , co w praktyce oznaczało kilku dosyć dobrych detektywów zamykających lub likwidujących seryjnych morderców, gwałcicieli i złodziei. Z nieukrywaną satysfakcją wsłuchałem się w piękny dźwięk drewnianych drzwi pędzących na spotkanie betonowej ściany. Niechlujnie klapnąłem na obrotowym krześle kładąc wysłużone buty na mahoniowym blacie. Oplotłem wzrokiem gabinet ,,szefa,,. Szklane witryny zatopione w matowych ścianach skrywały złote okręgi cennych metali, słońce jasno świeciło zza okna, a tłusta twarz grubasa przede mną cała umazana była lukrem. Bowiem mój ,,szef,, był właśnie tym typem policjanta- pączek w dłoni, czarny garnitur maksymalnie opięty na wielkim bandziochu i wiara w ogromną misję powierzoną policjantom. W tym wypadku było to jeszcze ogromne zamiłowanie do porządku. Jakub Brown z obrzydzeniem spojrzał na moje brudne buciska.
-Jak tam sprawa na przedmieściach?- spytał wycierając z twarzy dżem.
-Dwa trupy: dziewczyna i kanibal. Czas zgonu: dwie godziny od odnalezienia. Jedyny podejrzany: kanibal.-każdy mój raport tak wyglądał. Nie lubię dużo mówić.-Masz coś nowego?
-Nie.
To mi wystarczyło. Zciągnąłem buty z blatu, co spotykało się z wyraźną aprobatą Browna, wstałem i skierowałem się do drzwi. Zatrzymał mnie jednak chwytając za ramie i szeptając:
-Uważaj stary i przestań sam wymierzać sprawiedliwość. Myślisz, że nie wiem z czyjej kulki dostał ten kanibal? Teraz Ci jeszcze odpuszczę, ale dłużej nie mogę Cię kryć. Więcej nie chce widzieć takich akcji. Rozumiesz?
Popatrzyłem na niego wzrokiem, który mógłby zabijać.
-Żaden ,,stary,,. Nazywam się John Yellow.- odrzekłem i wyszedłem. Nigdy nie będę go słuchać. Nie jest moim szefem. Rządzi moimi zarobkami, ale nie moim ciałem.
Szeroko rozwarłem drzwi piekieł. To był śliczny, marcowy dzień i nawet moje skamieniałe serce zabiło weselej. Jeden tylko szczegół nie pasował do złocistego słońca, białych chmurek podróżujących spokojnie po nieboskłonie i długich kluczy powracających ptaków, a był to gruby brodacz dobierający się do młodziutkiej dziewczyny. Normalnie nie zwróciłbym na to uwagi, ale… jej oczy były tak przerażone, tak przeraźliwie krzyczała. Nie potrafiłem odmówić jej pomocy. Jednym ruchem wyciągnąłem pistolet i strzeliłem w śmiecia. Zatoczył się, a z jego nogi wytoczył się wulkan krwi. Zaklną pod nosem i utykając uciekł w przestrachu. Dziewczyna wstała, otrzepała ubrudzone kolana, poprawiła ramiączko, które zboczeniec jej przekrzywił i uśmiechnęła się szeroko. Wyglądała na bardzo szczęśliwą, tak jakbym przed chwilą opowiedział jej żart, a nie uratował przed tak straszliwym wydarzeniem jakim jest… Brr! Widząc jej prześliczne oczy wiedziałem, że udusiłbym każdego drania, który próbowałby ją skrzywdzić.
-Dziękuję.-odrzekła i uciekła. Zdziwiony udałem się na przystanek.
Bez zbędnego gadania dodaję kolejny rozdzialik. Z cichą nadzieją, że Wam się spodoba opuszczam Was na około 10 dni. Nie martwcie się, tylko wywożą mnie do jakiegoś buszu nie wiadomo gdzie i kiedy bez dobrego wyżywienia i internetu, to tylko kolonia :)

piątek, 26 czerwca 2015

*Nadeszły Wakcje*

Tak oto rozpoczęły się wakacje 2014/15



Korzystając z mojego, niezbyt częstego, dobrego nastawienia ( nie żebym była smutasem, :) jestem pozytywnym człowiekiem, ale dziś jestem wyjątkowo radosna ) wstawiam wakacyjny pościk. To będzie jeden z tych pisanych ,,impulsem,, więc nie przejmujcie się pokładami lekkiej filozofii (czasem muszę sobie ,,pofilozofić,, mówi się trudno ;) )

Zaczynają się wakacje. Nie wiem jak dla was, ale dla mnie to czas niebywałego odpoczynku i luzu. Nie chodzi o to że leżę do góry brzuchem (pracoholicy nie odpoczywają w ten sposób), ale i tak czuję się wypoczęta. Właśnie o tym chciałam dziś napisać. Większość z mojego, niby licznego, grona znajomych siedzi w domu całkowicie się obijając. Nie uważam, że to złe, ale... naprawdę nie żal wam tego czasu?
Nigdy podczas lekcji nie patrzyłeś tęsknym wzrokiem w okno myśląc: ,,Chciałbym żeby był już koniec?,, A gdy jest już ten upragniony ,,the end,, co robisz?
 Myślę, że warto wypoczywać aktywnie. Wiem, że brzmi to jak szkolne biadolenie, ale nie o to przecież chodzi. Jeśli nawet nigdzie nie jedziesz to zrób coś! Umów się z kimś, pogadaj z sąsiadem, wyjdź na rower czy rolki, a nawet na zwykły spacer. A w drugą stronę- napisz coś, narysuj, załóż bloga (tak jak ja ;) )- po prostu samorealizuj się :) . To może być początek czegoś wspaniałego,  lub jedne z najlepszych wakacji życia. Spraw, byś tego pierwszego września data apokalipsy ;) mógł bez żalu powiedzieć: ,,Fajnie, że wróciłem, jestem wypoczęty i gotowy na nowy rok,,
To naprawdę nie takie trudne, wystarczy żebyś oderwał się od tego bloga, wyszedł z internetów  i skorzystał z zasłużonego urlopu.


Zostawiam Was z tym motywującym postem i życzę udanych wakacji :)

czwartek, 25 czerwca 2015

Rozdział 1; Szaruga

                                     
                                              Szaruga, niska, wilgotna mgła i duszący zapach spalin. Do tego jeszcze ten odór taniego chińskiego żarcia zmieszany z jeszcze gorszym zapachem rzeczy tak obrzydliwych, że niewartych wspomnienia. Szare, obszarpane budynki ,,upiększone,, wulgarnym graffiti i mokrym praniem nie zaliczały się... też bynajmniej do kanonów piękna. Gdzie byłem? W mojej ,,ulubionej,, dzielnicy- dzielnicy morderstw, nierządu i patologicznych rodzin. Sekty i trupy były tu na porządku dziennym. W żadnym razie nie przypominało to miejsc, które odwiedzają detektywi w amerykańskich serialach. Tak, jestem ,,detektywem,,. Powiedzmy jednak, że nie działam standardowo. Nigdy nie działałem.
                                             O jest! Oto zza zakrętu zobaczyłem taki oto ,,śliczny,, obrazek: ciało jakiejś uroczej kobiety wygięte nienaturalnie, z okropnym grymasem na twarzy, którym rozkoszował się pewien naganny młodzieniec w obszarpanych ubraniach. Widocznie bardzo mu smakowała, bo nie zwrócił nawet uwagi na to, że wymierzyłem doń z pistoletu i nadal zajadał jej dłoń. Zastrzeliłem go. Bo czemu nie? Na pewno zrobił coś złego- pobił kogoś, oszukał, okłamał, przezwał, a do tego nie spodobał mi się totalny brak jego manier podczas jedzenia. W agencji, przed tym grubasem, który śmie się nazywać szefem, będę tłumaczył pokornie, że rzucił się na mnie i był kanibalem, a to przecież nielegalne, teraz jednak nie miałem na to czasu. Kopnąłem jego ciało tak, że potoczył się gdzieś daleko, a sam ukląkłem koło pięknej dziewczyny. Bo była to w gruncie rzeczy dziewczyna- z pięknymi krągłościami, mnóstwem makijażu i w drogiej biżuterii, ale więcej niż 25 lat nie mogła mieć, więc była dziewczyną. Mimo jej masakrycznego stanu z nadzieją sprawdziłem tętno. Nie żyła. Ile? Około 2, maksymalnie 3 godzin. Zamknąłem jej przerażone oczy. Pierwszy raz od dawna zrobiło mi się kogoś żal. Mogła jeszcze zrobić tyle rzeczy, tyle w życiu osiągnąć… Moi rodzice też mogli i co? Zabili ich, trudno się mówi. Odchodząc zwróciłem uwagę na nienaturalnie połamane nogi. Wygięte do tyłu, ze śladami złamań przywodziły na myśl literę ,,M,,. ,,Znajdę tego gnoja i powykręcam tak, żeby mógł się w dupę pocałować,,- pomyślałem.
                                               ,,Maleńki… Kochanie… Mamusia tu jest… Tak, mamusia!... Koteczku maleńki… Kim będziesz jak dorośniesz?...No kim?... Prawnikiem jak Mamusia?... Prezesem jak Tatuś?...A może detektywem, maleńki?...
NA ZAWSZE POZOSTANIESZ NIKIM!,,




 ------------------------------------------------------------------------------------------------

Bez zbędnego ociągania przystępuję do pracy. Nie martwcie się, że jest krótko: nie lubię zbytniego ględzenia we wprowadzeniach.
Co się podobało? Co zmienić? Co najlepsze?

środa, 24 czerwca 2015

Wellcome :)

                                                   Tak więc, po naprawdę długich przemyśleniach i kilku godzinach papierkowych męczarni, powstało to co widzicie. Sęk w tym: co widzicie? Albowiem widzicie spis kilku ciekawych historii, które przydarzyły się kiedyś paru osobom. Nazwałam je ,,Kroniki Rzeczywistości,, , co jest nazwą, chyba, słuszną.
                                                   Fascynuję się każdym gatunkiem po trochu, ale w mojej naturze leży szczególnie kryminał, dlatego też opowiadania o tej tematyce będą się pojawiać najczęściej. W razie jakiś propozycji piszcie śmiało- calusieńki czas jestem online, nie bójcie się złości, czy wyśmiania. Wypowiedzi krytyczne ,,przyjmuję na klatę,, ;) , a pochwały do serca.
Będę ,,w 7 niebie,, jeśli będziecie się udzielać. To ogromnie motywuje.
                                                   Liczę na owocną współpracę :)